Jacek Bąk - najtwardszy wśród kruchych
Gdy miał 20 lat, w dorosłej reprezentacji walczył z Anglikami na słynnym Wembley. Szybko i niepostrzeżenie w drużynie narodowej stał się prawdziwą instytucją. Kolejni selekcjonerzy nie wyobrażali sobie bez niego formacji obronnej. Z orłem na piersi znakomitych meczów rozegrał tak wiele, że można by z tego utkać solidny piłkarski różaniec. Bywały też i słabsze dni - jak 27 marca 1999 roku, kiedy jako defensywny pomocnik trzy razy nie upilnował rudowłosego Paula Scholesa. Od tamtej pory na drugą linię reaguje alergicznie. Może i słusznie, bo stoperem jest doprawdy nietuzinkowym. Z Austriakami ostatni raz mierzyliśmy się 17 maja 1994 roku. Z tamtej drużyny z biało-czerwonymi barwami nie pożegnał się tylko on.
Droga do Wiednia nie była usłana różami. Dopadł was niesamowity pech, bo aż sześciu zawodników powołanych do kadry nie dotarło na zgrupowanie. Czy, paradoksalnie, ta plaga kontuzji i chorób może podziałać na was motywująco?
Każdy uraz to dla zespołu strata. Na szczęście mamy zawodników, którzy zastąpią tych niedysponowanych. Mam nadzieję, że jakoś uda nam się poukładać grę, połatać dziury, by w Wiedniu wyjść w dobrym ustawieniu i osiągnąć korzystny wynik.
Tymczasem do wyjątkowo kruchych piłkarzy należy również... Jacek Bąk. Dotrwa Pan do pierwszego gwizdka?
Dobrze, że nie jestem na jakiejś bitwie, więc szansa na dotrwanie jest. W tej chwili, odpukać, nic mi nie dolega. Chciałbym pomóc reprezentacji w dwóch najbliższych meczach i głęboko wierzę, że to się uda.
W sparingowej potyczce z czwartoligowym SV Meppen padł wynik 3:0 - nie straciliście bramki, ale sami zdobywaliście je dopiero po przerwie i to za sprawą zawodników nominalnie rezerwowych...
Nie powiedziałbym, że to byli rezerwowi. W dwóch połowach wystąpiły po prostu dwa różne zespoły. Wiadomo jak wyglądają takie mecze - oni grali jak o mistrzostwo świata, a my raczej na luzie. Równie dobrze moglibyśmy wygrać sześć, siedem albo osiem do zera. Skończyło się 3:0 i byłoby świetnie powtórzyć taki wynik w Austrii.
Po karencji za czerwoną kartkę, w drużynie znowu jest Tomasz Hajto. Jak ważny to powrót?
Na pewno Tomek jest wartościowym zawodnikiem, tym bardziej że kontuzjowany jest Arkadiusz Głowacki. W dwóch wyjazdowych meczach bez wątpienia będzie dla drużyny mocnym wsparciem.
Chyba największym problemem tej reprezentacji jest brak rasowego rozgrywającego!
W reprezentacji Polski brakuje takiej postaci, ale w dzisiejszym futbolu gra rzadko kiedy opiera się tylko na jednym zawodniku. Ciężar kierowania zespołem raczej rozkłada się na dwóch, trzech pomocników.
A dlaczego Pan się krzywi na propozycję gry w drugiej linii?
Zawsze mówiłem, że nie jestem pomocnikiem, lecz obrońcą. Uważam, że bardziej pożyteczny jestem na pozycji stopera, niż w środku pola.
Apelował Pan w tej sprawie do selekcjonera?
Na razie, w gierkach wewnętrznych, trener ustawia mnie w linii obrony i nie ukrywam, że bardzo się z tego cieszę.
Gra Pan z tyłu może dlatego, że jakąś alternatywę stanowi Radosław Kałużny, który otrzymał powołanie po dłuższej nieobecności w kadrze...
Do występu w środku pomocy kandydują też Arkadiusz Radomski, Mirosław Szymkowiak i Mariusz Lewandowski. Ważne, żeby każdy powierzone mu zadania wypełnił najlepiej jak potrafi. Radek Kałużny jest zawodnikiem ułożonym, więc jego doświadczenie na pewno się przyda. Ostatnio coraz częściej pojawia się w składzie Bayeru Leverkusen.
A jak wygląda pańska sytuacja w zespole klubowym - RC Lens?
Tak się składa, że w ostatnim czasie trenuję i gram troszkę w kratkę. Ale nie załamuję się - mam już 31 lat, nie muszę podejmować jakichś nagłych decyzji. Zachowuję spokój, sezon jest długi i na pewno będę jeszcze sporo grał.
W drużynie narodowej zadebiutował Pan ponad 11 lat temu. W którym momencie tego okresu reprezentacja była najsilniejsza?
Wydaje mi się, że ta sprzed trzech lat, kiedy awansowaliśmy do finałów mistrzostw świata.
Jak wiele dzieli obecną kadrę od tamtej?
Dzieli nas sukces, jakim był udział w World Cup 2002. Teraz znów walczymy o awans do najważniejszej piłkarskiej imprezy czterolecia. Każde zwycięstwo przybliża nas do wyznaczonego celu.
Po meczu z Anglią narzekał Pan na atmosferę na Stadionie Śląskim. Czy na wyjazdach polscy kibice są dla reprezentacji prawdziwym wsparciem?
Myślałem, że jak przyjadę do Chorzowa, to zastanę na trybunach czterdzieści tysięcy ludzi. Spodziewałem się też bardziej żywiołowego dopingu. Zdawało mi się, że Polacy potrafią zrobić super atmosferę, ale tym razem chyba się pomyliłem. Za granicą do boju zagrzewa nas dwa, trzy tysiące kibiców, ale spisują się fantastycznie. To są prawdziwi fani. A na Stadionie Śląskim? Dziesięć tysięcy ludzi wiedziało o co chodzi, a reszta przyszła sobie pooglądać Beckhama.
Ale i atmosfera wokół drużyny narodowej daleka jest od doskonałości. Mówi się, że dwa najbliższe mecze dla Pawła Janasa będą ostatnimi w roli selekcjonera. Jak kadrowicze odbierają spekulacje na ten temat?
Opowiadanie po każdym spotkaniu, przegranym czy wygranym, że czas trenera dobiega końca jest trochę nie fair. Z dnia na dzień nikt reprezentacji na nogi nie postawi i nie będzie ona wygrywała jak na zawołanie. Potrzeba czasu i trochę spokoju. To jest tak, jak z pracą w klubie - czasami trzeba dwóch, trzech czy nawet czterech lat, żeby coś osiągnąć.
Jerzy Engel podczas swej selekcjonerskiej kadencji zasłynął jako wytrawny psycholog. Jak na tym polu radzi sobie Paweł Janas?
Nie muszę mówić, że każdy trener jest inny. Obecny selekcjoner radzi sobie bardzo dobrze, nie widzę żadnych problemów - wszystko jest poukładane tak, jak być powinno.
Czy zatem podniebną trasę z Wiednia do Cardiff przemierzycie wesołym samolotem?
W Austrii czeka na nas bardzo trudna przeprawa. Nie mam jednak wątpliwości, że mecz z Austriakami potraktujemy arcypoważnie. Każdy z nas chciałby zagrać na mistrzostwach świata. Ale czy w Wiedniu wygramy - to w tej chwili dobre pytanie. Osobiście jestem dobrej myśli, wierzę w trzy punkty.
Anglicy, którzy pokonali nas w Chorzowie, w Wiedniu tylko zremisowali...
Austriacy zagrali wtedy dobry mecz, bramki stracili po dziwnych sytuacjach. Uważam, że w meczu z Anglią zasłużyliśmy na jeden punkt. Na wiedeńskie boisko wyjdziemy po zdobycz - jeśli nie po wygraną, to przynajmniej po remis. Austriacy pokazali, że w piłkę grać potrafią, ale to nie jest jakiś wielki zespół. Zapewniam, że nikogo z nas nie przestraszą.
<< Powrót