Jacek Zieliński : 'Chcę jeszcze pograć w piłkę'
- Chce Pan być trenerem czy nie?
- W przyszłości tak.
- Ale jest Pan już nim teraz.
- Zostałem wyznaczony do tej roli się i zgodziłem. Tymczasem.
- Oficjalnie zespół prowadzą Jacek Zieliński, Krzysztof Gawara i Lucjan Brychczy. Jak wygląda podział obowiązków?
- To ja odpowiadam za wszystko. Za przeprowadzanie treningów, realizację założeń taktycznych. Jednak oczywiście dyskutujemy. Im większy sztab trenerski, tym lepiej. Chociaż oczywiście nie należy przesadzać, bo są jakieś granice. Główną odpowiedzialność biorę na siebie. Za przegrane także.
- Co to znaczy odpowiedzialność? Przecież szefowie Pana nie zwolnią.
- No tak, od tej strony mam komfort, bo przecież wciąż jestem głównie zawodnikiem. Powiedzmy więc raczej, że ja to wszystko firmuję. Z tym komfortem to zresztą przesadziłem. Czuję się bardzo odpowiedzialny za to, co robię.
- Prezesi nie powiadomili Pana, że wyniki nie odpowiadają oczekiwaniom i już teraz przyjść ma nowy trener?
- Jeżeli szefowie uznają, że jest taki trener, którego potrzebują od zaraz, to ja to akceptuję.
- W każdym razie od zimy w Legii będzie trener od przygotowania fizycznego.
- Jest potrzebny. Nawet trenerzy, którzy zjedli zęby na trenowaniu, też popełniają błędy. Niełatwo przygotować piłkarza do sezonu. Musi być sztab ludzi różnych specjalizacji, a główny trener tylko to koordynuje. Chociaż można oczywiście wziąć schematy z kajetu i po kolei je ordynować. Ale potem są takie przypadki, że trenujemy siłę, a szybkości już nie, bo trenerowi kartki się skleiły i o tym elemencie zapomniał. Gdyby pierwszy trener miał zajmować się wszystkim, to doba musiałaby mieć 48 godzin, a włosy powypadałyby mu po miesiącu.
- Dlaczego oficjalnie pierwszym trenerem jest Krzysztof Gawara? Przecież Pan zagrał 60 meczów w reprezentacji Polski, należy do Klubu Wybitnego Reprezentanta. A tacy ludzie mają możliwość dostawania licencji bez zdawania egzaminów.
- Słyszałem o takiej możliwości, ale do tej pory nie poświęciłem temu większej uwagi. Nie wiem, czy bycie wybitnym reprezentantem jest jednoznaczne z otrzymaniem licencji. Raczej musiałbym się o nią ubiegać. A do tej pory mi nie zależało, bo na razie chcę jeszcze pograć w piłkę. Wiosną zamierzam wrócić na boisko.
- Jesienią już nie?
- Próbuję ruszać się z piłką, ale nie mogę swobodnie wyskoczyć, ścięgno Achillesa wyraźnie jeszcze się nie przebudowało. We wtorek miałem wizytę u lekarza. Po niej wiem, że mogę już być poddawany większym obciążeniom, jednak pięta jest jeszcze obolała i muszę nadal przechodzić zabiegi rehabilitacyjne. Normalnie robię siłę, "tlenówkę", ale jest za mało czasu, by dobrze przygotować się do meczów w rundzie jesiennej. Może zagram krótko w ostatnim spotkaniu. Tak na zachętę przed okresem przygotowawczym.
- To jednak podoba się Panu bycie trenerem?
- Powiem szczerze, że zaczyna mi to sprawiać satysfakcję. Chociaż efektów nie widać, bo wyniki są - powiedzmy - średnie. Ja jednak widzę, że pewne sprawy zaczynają układać się lepiej, że koledzy mają do mnie zaufanie. Tylko że nerwów to kosztuje mnóstwo. I mnóstwo czasu. Nie dość, że teraz po treningach wracam do domu zdecydowanie później niż wtedy, kiedy byłem tylko piłkarzem, to jeszcze jakby mnie tam nie było. Ciągle o czymś myślę, kombinuję, analizuję.
- Żona po raz pierwszy od lat chyba nie mówi, żeby dał Pan sobie spokój z graniem w piłkę?
- Na razie nie robi mi wyrzutów, ale to pewnie kwestia czasu.
- Wydawałoby się, że zgodnie z zasadą starszeństwa to trener Gawara powinien być szefem, a Pan tylko asystentem. To przecież on do tej pory był trenerem, a Jacek Zieliński tylko piłkarzem.
- Trzymając się zasady starszeństwa, to Legia mogłaby zatrudnić pana 90-letniego. A tak na poważnie, nie widzę problemu. Zresztą Krzysiek też nie dał mi odczuć, że ma pretensje. Taka była decyzja władz klubu.
- Był Pan zaskoczony zwolnieniem trenera Kubickiego?
- Nie. Tyle było spekulacji, że w ogóle mnie to nie zdziwiło.
- Wszystko Pan pozmieniał. Koncepcja Kubickiego była niedobra?
- Trener ma swoje zdanie, a ja mam swoje. Obowiązuje pogląd tego, kto w danej chwili jest przy zespole. Mieliśmy czekać kolejny rok po to, by w europejskich pucharach znowu się okazało, że jesteśmy słabi? Gdybyśmy rewanż z Austrią przegrali np. 0:6, to nikt nie mógłby mieć pretensji. Tu wszyscy wyraźnie mówią, że chcą zaistnieć w pucharach, i to zaistnieć w sposób zdecydowany. I aby zespół zaczął grać widowiskowo, a do tego skutecznie. Moim zdaniem wpakowaliśmy się w ślepy zaułek. Szliśmy, szliśmy, aż skończyła się droga. Aby przebudowa się udała, potrzebujemy czasu. Wiem, że to źle brzmi, bo każdy tak mówi: Teraz to się nie da, potrzebujemy czasu. Ale tak to jest. Tylko na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się prosta. Zaczynasz trening, ustawiasz pachołki, rzucasz piłkę, ustawiasz grę skład na skład, wszystko jest pięknie i nagle się zaczyna. Każdy robi, co chce. Oni o wszystkim zapominają. To musi potrwać tygodnie, by gracze złapali automatyzm.
- Ludzie jednak mówią - jak był trener Kubicki, to drużyna nie przegrywała.
- Właściciele już wcześniej zdecydowali się na przebudowę. Zmieniają struktury w klubie, także skład trenerski, do tego dojdą pewnie korekty w składzie zespołu. Teraz mówi się: No tak, wcześniej graliśmy słabo, ale przynajmniej ciułaliśmy jakieś tam punkciki. A jaką mamy gwarancję, że nadal byśmy je ciułali, gdyby Darek został trenerem? Czy dałby radę zmotywować drużynę na mecz z Lechem po klęsce z Austrią w Pucharze UEFA? Nie ma co się zastanawiać. Jest inaczej i będą dalsze zmiany. Na razie jest może gorzej, ale tak musi być, żeby było lepiej. Będę szczęśliwy, jeżeli wiosną choć jeden kibic czy dziennikarz powie, że jednak warto było.
- Czy jednak cena nie jest za wysoka? Legia przegrała w lidze z Groclinem, w Pucharze Polski uległa aż 0:3 Pogoni. Teraz było 0:2 w Krakowie.
- Na inaugurację ligi pokonaliśmy Pogoń w Szczecinie 2:1, ale nie moglibyśmy mieć pretensji, gdybyśmy przegrali kilkoma bramkami. Tak samo we Wronkach, gdyby Bartek Karwan nagle nie strzelił gola, też zamiast remisu byłoby nieciekawie. Z kolei ostatnio w Poznaniu też pretensji być by nie mogło, jednak tym razem tak samo mogłoby być w drugą stronę. Z Groclinem mieliśmy kilka sytuacji. Oni poza kilkoma strzałami z dystansu nie mieli nic. Ale wygrali, bo w końcu stworzyli jedną okazję i ją wykorzystali. Pogoń bramki zaczęła strzelać jak nas na boisku zostało dziewięciu. Jak składy były równe, to najwyżej troszkę cieplej robiło nam się po stałych fragmentach gry. Bez przesady jednak. Zrobiliśmy jeden ewidentny błąd z gatunku tych, które rzadko się zdarzają. A potem była jedna kartka, druga kartka i zaczęła się jazda.
- Dlaczego zawodnicy nie wytrzymują presji?
- Tak jest zawsze, kiedy nie idzie, kiedy wyniki nie są najlepsze. Początkowo każdy wie, jak ma się zachować. Gdzie się poruszać, jak asekurować. Zanim nie nastąpi jeden błąd, rywale nie są nam w stanie nic nie zrobić. A potem bywa jak w meczu z Górnikiem - ktoś się poślizgnie, komuś piłka przejdzie między nogami. Na potwierdzenie tego, że postępujemy dobrze, potrzebujemy dobrych wyników. Wcześniej graliśmy kiepsko. Zmieniamy sposób gry. Ma już być nie "pałowanie" - to znaczy piłka do przodu, do napastników i jakoś to będzie. Chcemy, by drużyna zaczęła grać piłką. Zawodnicy Legii od lat tak nie grali. Wdrażanie nowych nawyków, nowego systemu powoduje, że rodzą się błędy. Ale to są właśnie koszty na drodze do osiągnięcia celu.
- Ma Pan 37 lat, od dawna jest w Legii najbardziej szanowanym piłkarzem. Czy widząc te wszystkie niedociągnięcia, nie można było na nie zwrócić uwagi?
- Kiedyś próbowałem, ale dostałem po łapach. Nie chcę o tym opowiadać, bo nie ma sensu rozdrapywać starych ran. Powiem tylko, że omal nie skończyło się zejściem przeze mnie z treningu. Z drugiej strony robiłem niesłusznie. Uznałem, że dla dobra zespołu powinienem siedzieć cicho. Byłem przecież tylko zawodnikiem. A zawodnik ma robić to, co do niego należy - tzn. grać i trenować najlepiej, jak umie. Trener ma koncepcję i on odpowiada za wyniki. A że mnie się nie podoba jedna czy druga sprawa? To wcale nie znaczy, że ja mam rację. Będąc trenerem, też nie życzyłbym sobie, aby któryś z piłkarzy kwestionował moje zdanie. Tyle że ja się nie oburzam, jestem w stanie o tym porozmawiać. I tak zresztą jest. Rozmawiam z piłkarzami. Wiadomo, że to ja podejmuję decyzje, ale pozwalam im się wypowiedzieć, co sądzą na temat tego czy innego ustawienia.
- Powiedzmy o kilku konkretnych piłkarzach. Wojciech Szala nie bez powodu jest jednym z antyulubieńców kibiców Legii. A Marek Jóźwiak? Siedem razy potrafi wybawić drużynę z kłopotów, a potem robi taki błąd, że ludzie długo mu go pamiętają.
- Marek zazwyczaj robi błędy wtedy, kiedy za dobrze mu idzie, kiedy poczuje się za pewnie. Wojtek z kolei, by podbudować się psychicznie, często próbuje na boisku robić rzeczy, których robić nie powinien. Próbuje podać w trudny sposób, a mógłby w łatwy. Albo zwleka z podaniem i potem jest w trudnej sytuacji. I inne tym podobne sprawy. Ale to też ślepy zaułek. Jesteś w słabszej formie, chcesz się podbudować, a tu ci nie wychodzi, i to dopiero jazda.
- Tomasz Kiełbowicz. Dlaczego w Legii nigdy nie zagrał trzech dobrych spotkań z rzędu? A w Polonii miał takich mnóstwo.
- Kilka lat temu większość zespołów grała systemem 3-5-2. Potem wszyscy to pozmieniali. "Kiełbikowi" było wtedy łatwiej. Wystarczyło ściągnąć na siebie jednego pomocnika i już na lewym skrzydle tworzyło się miejsce. Przecież on nigdy nie robił przewagi dryblingiem, tylko robiło mu się wolne miejsce. A wynikało to m.in. z systemu gry. Koledzy ściągnęli piłkę na jedną stronę, zagrali szybko, "Kiełbika" wprowadzili, ten pociągnął czy z pierwszej piłki dośrodkował i szło. Teraz jest trudniej.
- Nie kusiło Pana, żeby pójść do prezesa i powiedzieć: Zima, zimą, ale dlaczego mam kończyć? Chcę nadal prowadzić Legię i nic chcę, żebyście zastępowali mnie innym trenerem.
- Ale wiecie, jak ciężko zrezygnować z gry w piłkę? To duży wysiłek fizyczny, jednak jak się przyzwyczaić, to trudno bez niego się obyć. Masz pustą głowę, wychodzisz na mecz, nic cię nie obchodzi. Nawet jak masz tremę, to nadchodzi rozgrzewka i już myślisz tylko o tym, co zrobić, gdzie masz podać itd. A trener? Stres od rana do wieczora, przychodzisz do domu i dalej myślisz.
- Był Pan piłkarzem Legii, kiedy latem przyjeżdżali kolejni nowi. Kto z tej dziesiątki się nadaje?
- To chyba widać. Ci, którzy grali w pierwszym składzie. Próbujemy ich na różnych pozycjach, żeby mogli pokazać się z każdej strony. Problemem jest brak czasu. Gdybyśmy mogli zagrać kilka sparingów, spokojnie potrenować, byłoby łatwiej.
- Jako ostatni z nowych szansę dostał Eddie Stanford. Dlaczego dopiero teraz?
- Jako zawodnik, kiedy razem z nim trenowałem, miałem na jego temat troszeczkę inne wyobrażenie niż teraz. Nie wiem dlaczego - może ktoś, np. jego menedżer tak mu podpowiedział - kiedy tylko dostał piłkę, od razu walił długie prostopadłe zagrania. Ta jego gra mi się nie podobała. W destrukcji też nie był za mocny. Ostatnio jednak oglądałem go w rezerwach, w meczach z Mazowszem i Okęciem i okazało się, że teraz gra całkiem inaczej. Dużo biega, szuka piłki, i to mi się podobało. Okazało się, że stanowi alternatywę dla chłopaków z pierwszego składu. Chociaż do Krakowa nie pojechał.
- Twierdzi Pan, że zawodnicy Legii potrafią grać w piłkę. To w czym problem? W nogach czy głowach?
- Gdy przychodzi nowy trener zawsze na początku istnieje jakaś bariera. Ja tej bariery uniknąłem, bo jestem stąd. To może być jednak zarówno ogromny plus, jak i minus. Ja z nimi grałem, znam wszystkich świetnie i mam na ich temat ugruntowane zdanie. Nie zaczynali więc u mnie tak całkiem od zera. Choć z drugiej strony jestem w stanie zmienić zdanie. Świadczy o tym przykład Eddiego Stanforda, o którym już wcześniej mówiłem. Możliwe, że jak już wrócę między grających, to z niektórymi nie będę miał tak dobrych układów, jak miałem dotychczas. Wiadomo, że jak kogoś sadza się na ławce, to ten ktoś nie może być zadowolony. Nie mam jednak wyrzutów, że kogoś do składu wezmę czy nie wezmę. Myślę, że zawodnicy zdają sobie sprawę, iż nie robię nikomu na złość. Robię to, by drużyna grała lepiej. Staram się, aby wszystko było jasne. Jeżeli zaistnieje sytuacja, że na jeden mecz biorę zawodnika do "18", a na następny nie, to mu wyjaśniam: nie biorę cię, bo to, to i tamto. Myślę, że się dogadujemy.
- A czy są zawodnicy, którzy ze względu na zażyłość z Panem mogą być pewni miejsca w pierwszej jedenastce. Mówi się, że kto jak kto, ale taki Marek Jóźwiak u Jacka Zielińskiego zawsze będzie mieć miejsce.
- Jeżeli uznałbym to za stosowne, nie miałbym najmniejszych oporów, by posadzić Marka na ławce. To dotyczy każdego. Zresztą kiedy znalazłem się z tej drugiej strony, od razu poczułem różnicę. Koledzy nie mówią panie Jacku, ale czuje się, że jest jednak inaczej niż wtedy, gdy byłem tylko piłkarzem. Każdy z nich chce grać lepiej - jedni po to, by trafić do reprezentacji, inni, aby zagrać w europejskich pucharach. Jeżeli do uczciwej pracy dojdą jeszcze odpowiednie wyniki, to mi zaufają. Jeżeli nie, to będzie to moja porażka. Będą mieli rację, uznając, że nie ułatwiłem im tego.
- Wiadomo, że pierwszym trenerem Legii jest Pan czasowo. A co będzie lepsze - gdy to stanowisko obejmie polski czy zagraniczny szkoleniowiec?
- Najlepiej, jeżeli obejmie dobry.
- No, ale poważnie. Zna Pan jakichś dobrych polskich trenerów?
- Podoba mi się, jak pracuje Jerzy Engel. Także Edward Klejndinst, z nowych Maciej Skorża.
- A Dariusz Wdowczyk?
- Na pewno, chociaż zarówno w jego, jak i Skorży przypadku mogę się opierać tylko na opiniach zawodników i na tym, jak grają układane przez nich zespoły.
- Z zagranicznych w Polsce najbardziej cenionym jest chyba Werner Liczka. I o nim też często mówi się w kontekście Legii.
- Jest dobry. Obserwowałem, jak pod jego ręką zmieniała się Polonia, jak teraz zmienia się Górnik Zabrze. U niego jest trochę dziwne, że wszyscy zawodnicy, których trenował, mają o nim dobre zdanie. To podejrzane, bo to nigdy tak nie ma.
- Jednak gdyby miał Pan wybierać - dobry trener polski czy zagraniczny?
- Oczywiście polski. Ze względów patriotycznych. Jeżeli mamy dwóch dobrych zawodników - polskiego i zagranicznego - to bierzemy polskiego. Dlatego, że myśląc przyszłościowo, powinniśmy promować naszych. Tak samo powinno być z trenerami, bo wśród tych, którzy dostaną szansę, może być kandydat na przyszłego selekcjonera.
- Co sądzi Pan o zachowaniu Jozefa Chovanca?
- Ja akurat wierzę Jackowi Bednarzowi. Trener Chovanec mówi teraz, że nie został trenerem Legii z winy klubu. Niby Legia ciągle zmieniała warunki umowy i dlatego tu nie przyjechał pracować. Ale skoro wcześniej zaakceptował warunki, to dlaczego ostatniej nocy przed obiecywanym przyjazdem nagle zmienił zdanie? Jego zarzuty nie trzymają się kupy.
- Nie był Pan ciekawy Chovanca?
- Bardzo byłem ciekawy. I nawet dwa razy z nim rozmawiałem. To znaczy trzy, bo jeszcze raz przez telefon. Następnej rozmowy jednak nie będzie.
- No to co, zostanie Pan tym trenerem na stałe?
- Dalej chcecie mnie uziemić. Ludzie, ja chcę jeszcze w piłkę pograć. Wagę trzymam. Ostatnio bez rozgrzewki biegałem z zespołem i byłem w czołówce. No, może nie w czołówce, ale w środku stawki na pewno.
A może stawka nie była za mocna?
- Ja tego nie powiedziałem.
<< Powrót