Jacek Zieliński : "Wiemy, jak zatrzymać Wisłę Kraków"
Mecz z Wisłą może zadziałać dwojako. Gdyby Legia wygrała, to trener Zieliński mógłby zyskać wiele nie tylko od strony punktów i bramek. Gdyby jednak mecz zakończył się klęską...
- Teraz przed nami mecze marzenie, bo tak traktuję także derby z Polonią. Po wysokiej porażce z Pogonią nie chciałbym w tym momencie grać u siebie z Odrą Wodzisław - drużyną, której nie bronią wyniki, ale jest niebezpieczna, lecz mało doceniona. Przed meczami z Wisłą i Polonią nawet nie muszę mówić chłopakom, że muszą się zmobilizować. Rzecz jasna, te wygrane dadzą wiele i mnie, i drużynie. O drugiej stronie medalu nie zamierzam mówić.
Już dawno, od kiedy Wisła jest taka mocna, a Legia przynajmniej niewiele gorsza, pomiędzy tymi zespołami nie było tak kolosalnej różnicy. W stylu, wynikach - właściwie we wszystkim. Napastnik Pogoni Artur Bugaj po ostatnim meczu z Wami stwierdził, że takiej Legii już nikt bać się nie musi.
- Szkoda, że Bugaj do strzelenia bramki nie był taki mądry. Nie miał żadnej sytuacji, biegał jak Żyd po pustym sklepie i nic z tego nie wynikało. Niepotrzebnie się zdenerwowałem. A Wisła i Legia? Faktycznie, ostatnio te nasze drogi trochę się rozjechały.
A przecież to nie jest Wisła ze swoich najlepszych czasów. Tych, w których występował w niej np. Kamil Kosowski.
- Na to także liczymy. Niby Wisła gra dobrze, ale to na pewno nie tak silny zespół jak ten rozgrywający świetne mecze w pucharach z Parmą, Schalke czy Lazio. Ostatnio przegraliśmy w Krakowie 0:1 po meczu, w którym prawie nie było sytuacji podbramkowych. Mogliśmy osiągnąć lepszy rezultat, tylko zabrakło nam będącego wówczas w świetnej formie Marka Saganowskiego.
Ma Pan pomysł, jak teraz zagrać z Wisłą?
- Pomysł jest, ale czy zaskoczy? Papier wszystko przyjmie - jak mamy się zabezpieczyć, jak skutecznie i ekonomicznie się bronić, jak wyprowadzać kontry, jak z ustawienia, jakie przewidujemy na to spotkanie, łatwo przechodzić do pressingu itp. Tylko co z tego, że wiemy, jak to zrobić? Trzeba to jeszcze zrobić.
Rok temu trener Kubicki próbował przestawić Legię na system 4-4-2 i to się nie udało. Do ustawienia 3-5-2 wrócił akurat na mecz z Wisłą w Warszawie i wygraliście 4:1. Choć niektórzy mówią, że to raczej "zasługa" trenera Kasperczaka. Pan też zaczął od grania czwórką obrońców, ale czy w obliczu najważniejszego spotkania w rundzie nie nastąpi powrót do sprawdzonych wzorów?
- Można też grać 3-5-2, nie ma żadnego problemu. To kwestia właściwych przesunięć, wzmacniania formacji obronnej, np. przez jednego z defensywnych pomocników. Zresztą wszystko zmienia się w trakcie gry. Nie powiem, jak wyjdziemy na Wisłę, ale momentami może być tak, że zaczniemy grać 4-3-3. Jak będziemy się bronić, to może inaczej. 4-5-1? Może. To nie żadna filozofia. Możliwości ustawienia w pomocy są przeróżne.
Kto może w środku pola przeciwstawić się takim zawodnikom jak Szymkowiak i Cantoro?
- Są Surma, Smoliński, Sokołowski I. Spróbujemy zdominować środek. Jak "usiądziemy" na nich, to jesteśmy w stanie to zrobić. Wisła nie lubi grać pod presją, przy braku swobody. A jak nie pozwolimy rozwinąć skrzydeł - a te, z Zieńczukiem i Gorawskim - też mają dobre, to z przodu Żurawski z Frankowskim też zaczną tracić cierpliwość.
Tomasz Frankowski nie działa Panu na nerwy? Sporo goli nastrzelał Legii. Zresztą wszystkim w lidze.
- Sprytny jest. Bardziej niż grą denerwował mnie ostatnimi wypowiedziami, w których ni z tego, ni z owego odnosił się do Legii - nie wiadomo, dlaczego. Mam jednak nadzieję, że mu to niebawem przejdzie, a złość na niego minęła mi po meczach reprezentacji. Został szacunek.
Frankowski z Żurawskim to zdecydowanie najskuteczniejszy atak w naszej lidze.
- Przede wszystkim mam nadzieję, że zostaną odcięci od podań. Na pewno są bardzo groźni.
A napastnicy Legii? Ostatnio nikt ich się nie boi. Oni mówią, że mają za mało podań i dlatego nie strzelają goli.
- Przez ostatnich osiem spotkań Piotrek Włodarczyk chyba mało podań nie miał. Tak samo Marek Saganowski. Muszę zrobić zbitkę fragmentów gry i pokazać im, że tych podań trochę do nich dochodzi. Może nie za wiele takich od razu otwierających drogę do bramki, ale w dzisiejszych czasach o takie trudno.
Bywa tak, że akcja zapowiada się dobrze, a tu nagle następuje złe przyjęcie piłki czy złe odegranie i coś dobrze się zapowiadającego nagle się chrzani. Przecież to nie na tym polega, by napastnik dobijał do pustej bramki, bo i trener Brychczy mógłby spokojnie to robić. Chociaż oczywiście trochę racji mają. Próbujemy zmieniać sposób gry, więc i tu naturalnie wiele elementów szwankuje.
Może trzeba nimi wstrząsnąć? Może przynajmniej jednego choć na chwilę posadzić na ławce rezerwowych?
- Tylko kto zamiast nich? W takiej sytuacji najlepsi są ci, którzy nie grają. A np. Dorosz ostatnio wystąpił w rezerwach i na jego temat nie usłyszałem nawet jednego pochlebnego zdania.
A Maciej Korzym? Nawet jak jest okazja, to i tak na boisko wchodzi Radosław Wróblewski.
- Kiedy wpuszczałem na boisko "Wróbla"? Wtedy, gdy liczyłem na jego szybkość i przebojowość. Gdyby sytuacja na boisku układała się w inny sposób, to pewnie pierwszy wszedłby Korzym. Przypomnę, że przecież zagrał w drugiej połowie meczu z Mazowszem Grójec, zrobił mi piękną akcję, a potem 43 minuty przestał. Dostał za to burę. Widać, że się przejął. Teraz fajnie pracuje na treningach, jego dyspozycja wygląda na dobrą. Może zdarzy się, że wyjdzie i w pierwszym składzie.
Ale że akurat przeciwko Wiśle, to trudno uwierzyć.
- Możecie się pomylić.
Pańskim pomysłem jest przekwalifikowanie Tomasza Kiełbowicza z pomocnika na lewego obrońcę. A co z Mirko Poledicą? Wydawało się, że nawet w systemie gry z trzema obrońcami radzi sobie nieźle. Do gry czwórką wydawał się wręcz stworzony.
- "Kiełbik" jest w tej chwili od niego lepszy. Poledica został zresztą powołany do grona 18 piłkarzy na mecz z Wisłą. Ostatnio dobrze zagrał w rezerwach. Jako jedyny zawodnik z pierwszego składu, którym zdarza się występować w trzeciej lidze, został pochwalony przez trenerów Kraskę i Strejlau.
Na jego sytuację ma wpływ jeszcze jedna sprawa. Graliśmy grę wewnętrzną w ubiegłym tygodniu dwa razy po 30 minut. Jakoś ta gra mu nie szła. Można powiedzieć, że nawet bardzo. Planowałem go wstawić do kadry meczowej, ale po tej gierce nie mogłem. Tym bardziej, że i wtedy miał grać w drugiej drużynie, a stwierdził, że jest chory. Tymczasem w poniedziałek był zdrowy. No, wdała się jakaś drobna infekcja, ale tak czy inaczej przed meczem z Górnikiem nie wiedziałem, czy mogę na niego liczyć. Powiedziałem mu, że z niego nie rezygnuję i jak w następnym meczu rezerw wypadnie dobrze, to biorę go z powrotem. Tym bardziej że za wielu obrońców nie mamy.
W czym tkwi największe niebezpieczeństwo dla Legii?
- W tym, kiedy to my posiadamy piłkę. Jak rywal ją ma, to każdy wie, jak przesuwać strefę, jak asekurować, jak się bronić. A jak my, to od razu przydarzają się błędy. I co trzeba dodać, błędy są od razu wykorzystywane. Brakuje nam szczęścia. A zwłaszcza na początku bardzo by się ono przydało.
<< Powrót