Janas: 'Chodzę po lesie'
Takie mecze jak Wisły z Dinamo Tbilisi i Legii z Austrią Wiedeń to chyba dla pana mocne alibi. Czy kadra może grać dobrze, jeśli najlepsze kluby, z reprezentantami w składzie, się kompromitują?
PAWEŁ JANAS: No właśnie. Odpowiedź narzuca się sama. A my nie gramy przeciw Gruzinom, tylko lepszym od nich Anglikom i Walijczykom, Austriacy zaś pokazali w Warszawie, co nas może czekać w sobotę w Wiedniu. Jeśli dodamy do tego kontuzje lub choroby Głowackiego, Gorawskiego, Żewłakowa, Bosackiego, Niedzielana, Jelenia i fakt, że na tydzień przed meczem z Austrią Dudek stracił miejsce w bramce Liverpoolu, to nastroje nie mogą być dobre.
W dodatku Wisła, na której oparł pan kadrę, także w niedzielnym meczu z Cracovią zagrała słabo. To co, siadamy i płaczemy?
To nie wchodzi w rachubę. Jest jeszcze kilku zawodników, którzy potrafią grać. Nie ma Głowackiego, będzie Bieniuk. Nie przyjedzie Żewłakow - spróbujemy Kaczorowskiego. I tak dalej. Ale przyznaję, że koncepcja składu na Austrię już się zawaliła.
Jak miał wyglądać ten skład?
Dudek - Żewłakow, Głowacki, Lewandowski, Rząsa - Kosowski, Bąk, Szymkowiak, Krzynówek - Frankowski, Żurawski. Myślałem o takim ustawieniu jeszcze przed meczem Wisły w Tbilisi i informacjami o kontuzjach. Teraz wszystko się pozmieniało i naprawdę nie wiem, w jakim zestawieniu wybiegniemy przeciw Austrii. Cztery dni zgrupowania w Niemczech pomogą mi podjąć decyzje.
Czy ja dobrze rozumiem? Lewandowski na środku obrony, a Bąk w pomocy? Przecież w takim ustawieniu kadra jeszcze nie grała...
Poleciałem do Barcelony, żeby zobaczyć, jak w Lidze Mistrzów Lewandowski zagra na stoperze przeciw silnej drużynie. Szachtar przegrał, ale Lewandowski, który występuje w klubie na tej pozycji od wiosny, nie zagrał źle. On nawet kieruje defensywą Szachtara. Jacek Bąk gra teraz w Lens jako defensywny pomocnik. Kiedy go po raz pierwszy zobaczyłem, wiele lat temu w barwach Motoru Lublin, też był pomocnikiem. Potrzeba mi kogoś takiego, kto nie byłby tylko od odbijania piłek, ale i rozegrał akcję.
Jest jeden problem - Bąk głównie siedzi w Lens na ławce rezerwowych. Z ilu rezerwowych może składać się pierwsza reprezentacja Polski?
Z tym się zgodzę. To jest problem. Dlatego mówię, że koncepcja składu się zawaliła.
Ale jest w nim zawsze Grzegorz Rasiak. Proszę wybaczyć, ale ludzie zaczynają pytać, czy Rasiak płaci panu za każde powołanie. Dlaczego w reprezentacji gra piłkarz, który od wiosny nie występuje w żadnym klubie? Czegoś takiego jeszcze w polskiej kadrze nie było.
To, co pan mówi, trochę mnie obraża. Reprezentacja to nie jest mój prywatny interes. Mogę się czasami mylić, ale nie robię niczego nieetycznego. Jeśli chodzi o Rasiaka, mam czyste sumienie. Próbowałem różnych napastników, nie mam uprzedzeń. Teraz w formie wydaje się być Frankowski, więc otrzymał powołanie. Kilka dni w poprzednim tygodniu spędziłem na oglądaniu kadrowiczów w klubach zagranicznych. Pojechałem do Holandii - okazało się, że Niedzielan jest kontuzjowany. Chciałem ponownie przyjrzeć się Marcinowi Żewłakowowi z Mouscron - to samo. Kryszałowicz - bez formy.
Za to Jacek Dembiński w formie.
Wiem, widzę go tutaj w Amice, na co dzień i w dodatku bardzo porządny chłopak. Ale mam zaczynać wszystko od początku? Trochę żałuję, że Dembiński nie jest młodszy. Chcąc nie chcąc znowu powołałem Rasiaka, bo nie mam wyboru. Kiedy graliśmy z Anglią, Rasiak miał podpisany kontrakt ze Sieną. To, że ostatecznie nie znalazł się w tej drużynie, to zupełnie inna sprawa.
Pracuje pan z kadrą od początku 2003 roku, powinna grać coraz lepiej, ale postępów nie widać. Zmienia pan nie tylko zawodników, ale i system ich ustawienia na boisku. Nadal pan szuka, podczas gdy o tej porze wszystko powinno być zapięte na ostatni guzik.
Przecież ja nie spałem przez te półtora roku. Sprawdzałem zawodników, ustawienia, wybierałem w meczach kontrolnych silnych przeciwników, żeby na ich tle zorientować się w możliwościach naszych graczy. Mam zapisanych w notesie ponad 50 piłkarzy, po pięciu na każdej pozycji.
Pan powinien mieć 15 - 20, a nie 50.
Mam. Na zgrupowania powołuję 23, w tym trzech bramkarzy. Ten trzeci niech się przygląda i uczy. Jak teraz Tomek Kuszczak. Pozostałych ma być tylu, żeby mogli grać między sobą. A przecież to są powołania na dwa mecze. Nie można wykluczyć, że ktoś w ostatniej chwili odpadnie z powodu kontuzji. Właśnie kontuzje były tym, co mi w pracy przeszkadzało najbardziej. Kontuzje i sytuacja zawodników, niemających pewnego miejsca w swoich klubach zagranicznych.
Kto ustala taktykę na mecz?
Ja i trener Maciej Skorża. Wcześniej wysłuchujemy opinii o przeciwnikach, które zbierają inni trenerzy - Edward Klejndinst, Dariusz Śledziewski, Krzysztof Paluszek, Darek Dziekanowski czy Piotr Maranda.
Był pan jedynym trenerem kadry w Europie, który nie pojechał na niedawne spotkanie UEFA w Sztokholmie, gdzie rozmawiano o mistrzostwach Europy w Portugalii. Tego samego dnia oglądał pan mecz Amiki o Puchar Polski. Nie zależy panu na takich spotkaniach?
Zależy, ale nie mogłem na nie pojechać. Byli tam inni trenerzy z PZPN. Miałem na ten dzień wyznaczony termin mojej sprawy rozwodowej i nie mogłem tego zmienić.
Jak poszło?
A jak miało pójść. Nic przyjemnego. Byliśmy małżeństwem ponad 20 lat, ale w pewnym momencie coś się zaczęło psuć. Zbiegło się to w czasie z moją chorobą. Kiedy przychodziłem do domu, to córka robiła mi coś do jedzenia. Od pięciu lat mieszkam we Wronkach i mam nową partnerkę życiową. Małgosia jeździła ze mną na chemię, naświetlania, pomagała mi w chorobie. Jeśli zależy mi na rozwodzie, to tylko ze względu na nią. Czuję się nie w porządku, że formalnie jestem żonaty, a mieszkam z inną kobietą. Ale żona nie chce mi dać rozwodu. Nie zależy mi na pieniądzach, mam bardzo dobre kontakty z dziećmi, które też cierpią w tej sytuacji. Córka miała nawet spotkania z psychologiem. Ona w marcu skończy dopiero 17 lat. Syn jest dorosły, pracuje w dziale sportowym "Faktu", co też mi czasami odbiera zdrowie, kiedy czytam o sobie jakieś dziwne teksty. Na szczęście we Wronkach mam spokój, chodzę po lesie, spotykam wspaniałych ludzi - leśników. To inny świat.
A co ze zdrowiem?
Chyba dobrze. Ale od ośmiu lat żyję dniem dzisiejszym i cieszę się z każdego następnego. Prowadziłem reprezentację olimpijską, kiedy zachorowałem. To był rak węzłów chłonnych. Po operacji przez trzy miesiące brałem chemię. W Instytucie Onkologii na Ursynowie cały czas opiekuje się mną dr Elżbieta Lampka. Powiedziała, że nie mogę się męczyć, ale żebym nie siedział bezczynnie i nie myślał o chorobie, bo zwariuję. Skończyły się gry w oldbojach, treningi mogłem prowadzić tylko chodząc po boisku. Od tej pory zaczęły się problemy w domu. Z jednego ze zgrupowań pojechałem do Warszawy na naświetlania, wziąłem kolejne 29 kobaltów i wróciłem. Rano budzę się, a cała poduszka we włosach. Wszystkie wyszły. Spojrzałem w lustro i nie chciałem patrzeć. Schodzę na śniadanie, a chłopaki udają, że nic się nie stało. Kupiłem trzy paczki papierosów, napiłem się whisky, ale musiałem jakoś żyć. No to żyję.
Nie widać, żeby pan był chory.
Może już nie jestem. Włosy odrosły, na badania kontrolne chodzę coraz rzadziej. Najpierw co trzy miesiące, potem co pół roku, teraz co rok. Najbliższą wizytę mam w grudniu i przed każdą kolejną ten sam dreszczyk emocji. Lepiej bym się czuł, gdybyśmy wygrywali wszystkie mecze
<< Powrót