Krzynówek: 'Marzyłem i wierzyłem'
Rozmowa z Jackiem Krzynówkiem, pomocnikiem Bayeru Leverkusen i reprezentacji Polski.
Pamięta pan swoje pierwsze buty piłkarskie?
Oczywiście. Dostałem je od taty, a pierwsze prawdziwe, kiedy grałem w klubie z mojej wsi - LZS Chrzanowice. To nie było tak dawno, jakieś trzynaście lat temu, a buty nazywały się po prostu polsporty.
Dziś gra pan w najlepszych adidasach ze swoim imieniem na językach. Daleką drogę pan przebył...
Marzyłem i wierzyłem, że może kiedyś mi się uda, chociaż to, co się stało, przekroczyło moją wyobraźnię. Zaczynałem, kiedy najlepszym piłkarzem świata był Diego Maradona. Każdy chciał go naśladować, ale kończyło się na tym, że malowaliśmy sobie na byle jakich koszulkach numer 10. Tylko w telewizji mogłem patrzeć, jak gra, nie miałem wideo, żeby nagrywać mecze, analizować każdą jego sztuczkę czy akcję. A wzorów wśród polskich zawodników nie miałem. Robiłem więc zawsze swoje, pod okiem trenerów w niższych klasach.
Gdzie leżą Chrzanowice?
Niedaleko Radomska.
Czy takie buty dla syna to był dla taty jakiś problem?
Nie wiem, być może, ale chyba nie chciał, żebyśmy o tym wiedzieli. Było nas w domu pięcioro. Mama pracowała w sklepie, tata w hutach szkła, a troje dzieci się uczyło. Mam siostrę i brata. Bogato to u nas na pewno nie było. Ojciec pracował najpierw w Radomsku, ale jak huta padła, przeniósł się pod Warszawę. Najpierw do Grójca, potem gdzieś indziej. Do domu przyjeżdżał tylko na weekendy, pociągiem albo pekaesem. Przez całe życie dmuchał szkło i ta praca skróciła mu życie. Serce nie wytrzymało i tata zmarł w Legionowie, daleko od domu. Miał zaledwie 53 lata. Dlatego, kiedy strzeliłem bramkę w Belfaście, spojrzałem w niebo i byłem szczęśliwy, że tata to widział.
Przecież już nie musiał pracować, od kiedy pan zaczął przynosić pieniądze.
Nie musiał, ale chciał. Jak można nie pracować? Zawsze szanował pracę i uczył nas tego samego. Od pierwszego treningu w Chrzanowicach wiedziałem, że jak będę oszukiwał trenera, to oszukam sam siebie. A przecież chciałem grać coraz lepiej.
Pan wyjechał do Bundesligi z Bełchatowa. Czy to był duży przeskok?
Tak. Do tej pory grałem tylko w okolicy - w Bełchatowie, Radomsku i Częstochowie. Nie znałem języka, niewiele widziałem i wiedziałem. Miałem świadomość jednego - jeżeli nie będę najlepszy, to nie będą mnie szanowali i w konsekwencji nie zarobię. Nie musiałem przestawiać się na taką mentalność, bo wyniosłem ją z domu.
A dziś, kiedy wychodzi pan na boisko przeciw Realowi Madryt, to na panu nie robi to wrażenia?
Oczywiście, że robi. Dociera do mnie wówczas, że właśnie spełnia się znowu coś, co w Chrzanowicach było nierealnym marzeniem. Ale kiedy już zaczyna się mecz, to o takich sprawach się nie myśli.
Za ile kupiła pana Norymberga i o ile wzrosła pańska wartość przez kilka sezonów?
Nie wiem i to mi nie imponuje. Kiedy szliśmy z Tomkiem Kosem do Norymbergi, to mimo że właśnie spadła z Bundesligi, wydała na transfery ponad 13 milionów marek. Najpierw byłem wypożyczony, ostatecznie zapłacono za mnie chyba 1 mln 375 tys. marek. Teraz, ponieważ skończył się mój kontrakt, przeszedłem do Bayeru za darmo, na zasadzie wolnego transferu.
Czy gdyby grał pan od początku w lepszym klubie, to dawno byłby pan gwiazdą?
Tego nigdy się nie wie. Ale już po mistrzostwach świata miałem bardzo konkretne propozycje z Schalke, Kaiserslautern, Herthy, Leverkusen, ale mój klub nie chciał mnie puścić. To znaczy puściłby mnie, ale za 7 milionów euro. A tyle nikt nie chciał dać.
Jest pan pierwszym od dawna polskim piłkarzem ofensywnym, który robi karierę w Bundeslidze...
Pewnie pomógł mi kryzys w Niemczech. Poziom trochę się obniżył, ponieważ po krachu Leo Kircha do klubów zaczęło spływać mniej pieniędzy, co odbiło się na jakości sprowadzanych zawodników.
Pan zawsze jest taki skromny?
Nie, ja tak uważam. Mam charakter odpowiedni do gry w Bundeslidze.
Czym różni się obecna reprezentacja od tej z Korei?
Ta się dopiero tworzy. Potrzeba czasu i cierpliwości, żeby przyszły efekty. Wtedy mieliśmy całą serię nieudanych meczów, ale w końcu przyszły sukcesy. Może teraz będzie podobnie. Wiem z doświadczenia, że zwycięstwa i porażki przychodzą niekiedy zupełnie niespodziewanie. Nie trenuję teraz wcale intensywniej, a gram lepiej. Czasami wydaje mi się, że jestem w formie, a na meczach tego nie widać. Jeśli nie przegramy z Austrią, to może wszystko pójdzie ku lepszemu. Przecież umiemy grać.
Czy stadion i przeciwnicy zrobią na was wrażenie?
Nie sądzę. Jesteśmy już Europejczykami, jeśli tak można powiedzieć. Nie mamy żadnych kompleksów. W Bundeslidze gra tylko jeden austriacki reprezentant, a nas jest więcej.
<< Powrót