Łukasz Surma : Wszystko zależy od Legii
Zbliża się mecz w Krakowie, dziennikarze do Pana dzwonią...
- Dzwonią, dzwonią.
Czy tylko dlatego, że jest Pan "krakusem" z krwi i kości, wychowankiem Wisły?
- Nie. Coraz mniej pada pytań o Wisłę. Są raczej zaniepokojeni naszą formą. A czytelników nudzą już opowieści o tym, ile to meczów rozegrałem przeciwko Wiśle... To już przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
Pan nie jest zaniepokojny formą drużyny?
- Mniej niż wszyscy. A już na pewno nie tym, że nie ma w Warszawie pana Chovanca. To, że po kilku tygodniach negocjacji dwie strony się nie dogadały, to coś normalnego. Tak bywa. Bardziej niż kwestia trenera zaniepokoiła mnie ostatnio porażka w Szczecinie.
To kto wygra w Krakowie?
- Jeśli to byłoby judo czy koszykówka, czyli sporty wymierne, w których faworyci przegrywają rzadko - łatwiej byłoby odpowiedzieć. Faworytem jest Wisła, ale w piłce zdarzały się większe niespodzianki, niż byłaby nią ewentualnie nasza dzisiejsza wygrana w Krakowie.
Jest Pan ostrożny.
- Jeśli zagramy dobrze, możemy wygrać. Ale nawet jeśli zagramy dobrze, możemy też przegrać.
Czy Pana zdaniem będzie to mecz dwóch drużyn przegranych w Europie, dla których liczy się teraz już tylko liga?
- Ja nie uważam, by Wisła była przegrana w Europie. Ci sami piłkarze, którzy parę dni wcześniej przegrali w Gruzji, potrafili poprowadzić reprezentację do dwóch zwycięstw w Wiedniu i Cardiff. Oni się pokazali w Europie. My jesteśmy przegrani. Faktycznie. Ale skoro w tamtym sezonie - mimo porażki w Pucharze UEFA - potrafiliśmy nawiązać walkę z Wisłą, będziemy w stanie i teraz.
Krakowianie są faworytem. Jak zawsze zresztą w potyczkach z Legią w ostatnich latach. To ta bogata, naszpikowana gwiazdami Wisła miała przejechać się po drużynie z Łazienkowskiej. Częściej jednak nie wygrywała...
- Niby była faworytem, ale na papierze. My wygrywaliśmy, bo byliśmy zespołem. Oni mieli indywidualności, my drużynę. I teraz sytuacja jest podobna. I może znowu ich zaskoczymy?
Ale czy Legia będzie miała argumenty? Patrząc na grę ostatnio...
- Po pierwszej połowie meczu z Górnikiem wydawało mi się, że to granie 4-4-2 nie jest takie trudne, że szybko "załapaliśmy", o co chodzi, że każdy już wie, jak i gdzie ma się ustawiać, jak przesuwać. Do Szczecina jechałem z głową uniesioną wysoko. Chyba za bardzo uwierzyliśmy w siebie i wyszło tragicznie. No, ale trudno. Musimy ponieść konsekwencje tych zmian. Czy to się komuś podoba, czy nie - na całym świecie gra się teraz czwórką obrońców. W pomocy i ataku można jeszcze kombinować, czy 4-2, czy 5-1, czy 3-3. Ale ta żelazna czwórka zawsze musi być z tyłu. Takie przestawienie nas było nieuniknione. Kwestią czasu jest teraz, kiedy zaczniemy grać lepiej. Bo zaczniemy.
Idzie ku lepszemu?
- Tego nie powiedziałem. Może po Górniku byłbym większym optymistą. Ale, jak mówiłem, Szczecin był kubłem zimnej wody.
Jaki to będzie mecz?
- Wisła jest taka sama. Odkąd prowadzi ją trener Kasperczak, gra tak samo. Zmieniają się tylko wykonawcy. Wizja trenera, jak ma grać zespół, jest niezmienna. A czy będzie wielki mecz? Zobaczymy. Czasem z wielkiej chmury jest mały deszcz. Wiele będzie zależało od nas. Od tego, jak my zagramy. Wisła na pewno zagra otwarty futbol, jak my odpowiemy? Jeśli uda nam się strzelić gola, zagramy z pasją, będzie wielkie widowisko... Może być wymiana ciosów, a może znowu jedna bramka zadecyduje o wszystkim.
Co jest największym problemem Legii w meczach z Wisłą Kasperczaka?
- Ich ataki skrzydłami. To nas zawsze bolało. Gdy graliśmy trójką obrońców, neutralizowanie ich rajdów było piekielnie trudne i wyczerpujące. Oni raz prawą, raz lewą stroną próbują się dostawać pod naszą bramkę. Teraz to wszystko może się wyrównać...
Jakich błędów nie może popełnić Legia?
- Chciałbym, żebyśmy zagrali z nimi jak w niedawnym meczu charytatywnym, gdy wygraliśmy 4:0. Zagrali takim samym systemem, tylko bez bodaj siedmiu reprezentantów. Zablokowaliśmy ich boki, teraz nie możemy pozwolić "Baszczowi" [Marcin Baszczyński - red.] na wjazdy prawą i Mijailoviciowi albo "Stolarowi" [Maciejowi Stolarczykowi - red.] lewą stroną.
Mówił Pan o strzeleniu gola Wiśle... Skuteczność nie jest tej jesieni najmocniejszą stroną Legii.
- Na bramki musi pracować cała drużyna. I pracuje.
Biednemu wiatr w oczy. W Wiśle wreszcie wszyscy zdrowi. W Legii pięciu kontuzjowanych: Choto, Zieliński, Djoković, Jarzębowski i Karwan...
- Ale to nie jest nowy problem. Ciągnie się to od początku rundy. I też ma wpływ na wyniki. Młodzi zawodnicy są utalentowani. Ale nie oszukujmy się, Smoliński czy Rzeźniczak nie zastąpią z dnia na dzień Zielińskiego czy Vukovicia.
Ale chyba Legia nie jedzie do Krakowa jak na ścięcie? Kibice by tego nie wybaczyli...
- Nie jedzie. Już padały w szatni hasła, co zrobimy, jak wygramy. Cieszą mnie takie deklaracje.
Co może być siłą Legii?
- Słabość Wisły. Może to, że jest wielkim faworytem, ją sparaliżuje?
A Legii nie sparaliżuje to, że porażka oznacza osiem punktów straty do krakowian?
- Nie. Przegrać zawsze można. Ważne, byśmy lepiej zagrali, bo to przyniesie kiedyś korzyści. Niedawno punkty dawała nam słaba gra, szarpanina. Ale ten balon musiał pęknąć. I pękł. Nie poddamy się na pewno. Zagramy agresywnie, "wysoko", by Wisła nie szturmowała naszej bramki.
Mecz poprowadzi prawdopodobnie Słowak Lubosz Michel...
- To ten, co już sędziował nasz mecz z Wisłą?
Tak. Ten w Warszawie, wygrany 4:1.
- No i dobrze. Nie mam nic przeciwko temu. Był dla nas szczęśliwy, może okaże się znowu. A i wiślacy powinni być zadowoleni. Ostatnio tak narzekali w prasie, że wszystko jest ustawiane pod "warszawkę". I terminy meczów, i godziny, i sędziowie. Teraz już nie będą mieli żadnego wytłumaczenia.
<< Powrót