Marzenia nic nie kosztują- wywiad z Grzegorzem Rasiakiem
Mało ma pan czasu dla polskich dziennikarzy. W Anglii piłkarz obarczony jest aż tyloma obowiązkami, czy to raczej z powodu krytyki, która spłunęła na pana po zupełnie nieudanej przygodzie z AC Siena?
- To przypadek.Po prostu w dniu, kiedy umówiliśmy się na rozmowę, musiałem błyskawicznie załatwić kilka spraw- mówi napastnik Derby County i reprezentacji Polski, Grzegorz Rasiak.- A mówiąc wprost- odebrałem dom, który trzeba było ubezpieczyć i umeblować.
Gdzie pan zamieszkał?
- Na wsi. Dwadzieścia minut jazdy samochodem od centrum treningowego Derby i kwadrans od naszego stadionu. Wszędzie mam więc blisko, a jednocześnie z okien przpiękny widok- na ogród i okoliczne wzniesienia. Wokół cisza i spokój.
Kluby z zaplecza Premiership wynajmują piłkarzom duże domy?
-Nie wiem, jak mieszkają inni zawodnicy, ja wybrałem taki, który ma 150 metrów powierzchni użytkowej. Na metraż składają się trzy sypialnie, salon, kuchnia połączona z jadalnią, dwie łazienki i pomieszczenia gospodarcze. Dla nas trojga to w sam raz. A jak odwiedzi nas na Wyspach ktoś z rodziny, to też nie będzie musiał nocować w hotelu.
Jakim autem porusza się pan po angielskich drogach?
- Toyotą, bo to sponsor Derby. Na początku dostałem służbową Corollę, ale dla mnie, Bożenki i Kubusia to trochę zbyt małe auto. Więc w przyszłym tygodniu odbiorę model RAV4
Jednym zdaniem: w Anglii można dobrze żyć grając nawet w klasie, która jest odpowiednikiem polskiej drugiej ligi?
- Dokładnie. Właściwie to tylko pogoda mogłaby być trochę ładniejsza. W ciągu dnia ze dwadzieścia razy zaczyna padać, a potem się przejaśnia. I tak na okrągło.
Chyba jednak nie tylko z powodu aury wolałby pan jednak zostać w Sienie?
- Wiadomo- SerieA, to SerieA. Bardzo chciałem grać we Włoszech, ale okazało się, zę przynajmniej w tej chwili- nie jest mi to pisane. A skoro nie mógłbym grać na Półwyspie Apenińskim, to trzeba było poszukać pracodawcy w innym kraju, w mniej sprzyjającej strefie klimatycznej.
A z jakiego powodu nie zarabia pan na życie we Włoszech?
- Złożyło się kilka przyczyn. Po pierwsze do Sieny sprowadzał mnie pan Ricci, który w czerwcu pożegnał się z posadą dyrektora sportowego. A jego następca miał nieco inną koncepcję składu. Po drugie okazało się, że zawodnicy z Polski i Czech przez najbliższe dwa lata będą traktowani w SerieA jak obywatele spoza Uni Europejskiej, co jest jawną dyskryminacją. Limit dla przybyszów z innych kontynentów i Europy Wschodniej w Sienie był wypełniony, więc musiałbym czekać, aż ktoś odejdzie i zwolni mi miejsce. Co mogło trwać kilka tygodni, kilka miesięcy albo lat. Nie pomogło mi również uwikłanie niedoszłego pracodawcy w aferę korupcyjną.
Rozgadał się pan na ten temat i podał całkiem sensowne argumenty, tymczasem Zbigniew Boniek twierdzi, że przyczyna była znacznie bardziej prozaiczna.
- Jaka?
Zdaniem Zibiego, Rasiak okazał się po prostu słabym piłkarzem, żeby załapać się do przciętnego włoskiego klubu.- A skąd on to może wiedzieć? W sparingach tylko Mattia Graffiedi był skuteczniejszym napastnikiem ode mnie. Występowałem we wszystkich grach kontrolnych po 45 minut i zdobyłem trzy gole. Tyle samo, co Tore Andre Flo. I na pewno nie odstawałem nawet od tych konkurentów na treningach. Dlatego jestem zdziwiony, a nawet zniesmaczony, osądem pana Bońka.
Ostatecznie jednak to Włosi nie podpisali kontraktu z panem.
- A właśnie, że nie! To ja odmówiłem parafowania umowy. Mogłem po złości złożyć autograf na dokumencie i przez trzy lata opalać się, truchtać dla kaprysu i jeszcze dostawać za to dużą kasę. Tyle tylko, że mam ambicje. Chcę grać w piłkę na wysokim poziomie, a nie być bajecznie opłacanym rentierem. Bo zwyczajnie jestem na to za młody.
Włosi wypłacili panu stosowne odszkodowanie za zawiedzone nadzieje?
- Skądże! Nie zapłacili mi nawet złamanego grosza. Pobyt w Italii potraktowałem jak kosztowną lekcję i wszystkie wydatki pokryłem z własnej kieszni. Zapłaciłem za wynajem domu, za przeloty i pobyt rodziny.
Ile? Trzydzieści tysięcy złotych, a może pećdziesiąt?
- Nie ma to większego znaczenia. Najważniejsze,że szybko znalazł się włoski menedżer, który wyciągnał do mnie pomocną dłoń.
W Anglii ma pan z pewnością niższy kontrakt niż ten włoski, niepodpisany. O ile?
- Sporo straciłem rezygnując z pieniędzy wynegocjowanych w Sienie, naprawdę bardzo dużo. Gdybym jednak patrzył tylko na kasę, to wylądowałbym w Rosji, bo szybko pojawiła się taka opcja i błyskawicznie powetowałbym wszystkie straty. Chciałem jednak grać- regularnie- w poważnej lidze, nawet za dużo mniejsze pieniądze. Chcę się wypromować. A jeśli się to powiedzie, to inwestycja w siebie zwróci mi z nawiązką. Kontrakt, niski, podpisałem na rok, ale z opcją przedłużenia na dwa kolejne sezony. Już za zupełnie inne pieniądze- takie, które zrekompensują mi wszystkie poniesione straty.
Co by jednak nie mówić, gra pan w zaledwie drugiej lidze. - Występuje w Football League Championship. I gram przeciw takim zespołom jak West Ham, Sunderland czy Wolverhampton, które jeszcze niedawno walczyły w Premiership. Celem Derby jest zajęcie miejsca w pierwszej szóstce, gwarantującego udział przynajmniej w barażach o ekstraklasę. I zapewniam że prezentujemy poziom porównywalny do drużyn z dolnej części najwyższej angielskiej klasy.
A ma pan przynajmniej pewne miejsce w składzie?
- Proszę zapytać menedżera Derby. Mogę tylko powiedzieć, że w każdym spotkaniu wybiegam w wyjściowej jedenastce, nawet wówczas, gdy- jak to miało miejsce w starciu z Sunderlandem- gramy z jednym tylko wysuniętym napastnikiem. I wszystkie piłki mają być pod bramką kierowane do mnie. Nie muszę więc chyba dodawać, że styl Deby bardzo mi odpowiada. Dzięki temu szybko zaliczyłem asystę i gola na Wyspach.
A jak oceniają pana inni?
- Az za dobrze. Po debiucie w meczu z liderującym wówczas Wigan i asyście prz golu, który zapewnił Derby cenny remis, moja gra została oceniona na dziewiątkę! W polskiej ekstraklasie rozegrałem sto meczów, ale ani razu nie doczekałem się tak wysokiej noty. Dlatego nie ukrywam, że bardzo się zdziwiłem, oczywiście w pozytywnym sensie, tak ciepłym przyjęciem brytyjskiej prasy.
Jak wygląda pana angielski?
- Idealnie nie jest, ale w szkole uczyłem się przez trzy lata, więc podstawowe zwroty bardzo szybko sobie przypomniałem. Nie interesują mnie jednak półśrodki, dlatego już w tym tygodniu rozpoczynam regularnie lekcje. Z profesjonalnym nauczycielem, choć mogłaby to robić żona, bo Bożenka płynnie mówi po angielsku.
Utrzymuje pan kontakty z innymi polskimi piłkarzami zatrudnionymi w Anglii?
- Oczywiście. Na ostatnim zgrupowaniu kadry wymieniliśmy numery telefonów z Jurkiem dudkiem oraz Tomkiem Kuszczakiem i regularnie, do siebie dzwonimy. Jak się na dobre urządzę w Derby, to ich odwiedzę. Jurek zapewniał mnie, że dystans dzielący mnie, od Liverpoolu spokojnie pokonam w póltorej godziny. Mamy więc do siebie blisko.
A propos kadry. Czy to wypada, żeby bezrobotny piłkarz grał w reprezentacji Polski w meczu z Anglią?
- Śmieszy mnie ta cała nagonka na mnie i selekcjonera Pawła Janas, oparta na wierutnych bzdurach. Na zgrupowanie kadry przyjechałem jako zawodnik AC Siena. Wówczas jeszcze nie było przesądzone że Polacy i Czesi zostaną potraktowani we Włoszech jak Afrykanie. Miałem więc nadzieję, że jednak zostanę w SerieA. Na dodatek byłem świetnie przygotowany kondycyjnie i pod każdym innym względem, co zresztą potwierdziłem szybko w Derby County. Klub postanowiłem zmienić dopiero po dwumeczu w kwalifikacjach mistrzostw świata.
Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że ma pan u Janasa specjalne względy.
- Nie musi pan już nic dodawać. Doskonale wiem, ile zawdzięczam selekcjonerowi. Zaufał mi, gdy grałem w Polsce i konsekwentnie na mnie stawiał. Dlatego postaram się odwdzięczyć szkoleniowcowi kadry w każdy możliwy sposób i za wszelką cenę. Jak to się ładnie mówi- jestem gotów pójść za nim w ogień.
Czy to nie przesada? Przecież przed meczem z Walią, prawie na pana terenie, zamiast w wyjściowej jedenastce wylądował pan na trybunach.
- Niedosyt oczywiście pozostał, bo zawsze chcę grać, ale pretensji nie mam najmniejszych. Selekcjoner miał do wyboru 24 piłkarzy, więc nie wszyscy mogli wystąpić. Postawił jednak na właściwych zawodników, o czym najlepiej świadczy wynik uzyskany w Cardiff.
Gdyby mógł pan cofnąć czas do wczesnej wiosny, a więc do momentu, gdy popadł w konflikt z prezesem Groclinu, Zbigniewem Drzymała, to wiele zmieniłby pan w swym postępowaniu?
- Czasu nie cofnę, ale jestem pewien, że zyskane we Włoszech doświadczenie zaprocentują w przyszłości. Dostałem trochę po dupie i więcej już takich błędów nie popełnię. Jestem w Anglii, mam satysfakcynującą pracę i, co chyba najważniejsze, nie wyzbyłem się marzeń.
Jakich?
- Pięknych! To znaczy- o grze w FC Barcelona! Ja wiem, że to możę wiele osób zdziwić, iż facet z angielskiej miższej ligi wygaduje takie rzeczy, ale to jest dla mnie wielki bodziec pracy. Marzenia naprawdę nic nie kosztują, a poza tym czasami trzeba zrobić krok do tyłu, żeby potem wykonać dwa do przodu.
Wywiad przeprowadził redaktor tygodnika Piłka Nożna, pan Adam Godlewski.
<< Powrót