"Oni grają od chwili opuszczenia kołyski"
Oto wywiad jaki przeprowadził dziennikarz Reczpospolitej - Andrzej Łozkowski z byłym bramkarzem reprezentacji Polski i FC Porto - Józefem Młynarczykiem.
Czym smarują buty piłkarze Portugalii? To ich klej czy import z Brazylii?
Nie pamiętam nazwy tego kleju w języku portugalskim, po polsku nazywa się to miłość do piłki. Wszystko, co dobre w piłce portugalskiej, jest pochodną tego kleju. W piłkę gra się od dziecka, dzięki piłce jest się kimś: ma się co jeść, w domu jest piękna żona, kupuje się mieszkania i domy. Najlepsi kupują po kilka domów. Wielokrotnie słyszałem, jak matki mówiły: "Boże, żeby moja córka wyszła za mąż za piłkarza".
Zna pan Portugalczyka, który ma kilka domów z kopania piłki?
Znam dobrze, nazywa się Vitor Baia, był bramkarzem w drużynie juniorów FC Porto, kiedy ja byłem w tym klubie w drużynie seniorów. My zaczynaliśmy trening o dziesiątej rano, juniorzy o jedenastej i kiedy rozgrzewałem się obok bramki kilka minut przed dziesiątą, Vitor już tam był. Patrzył, co my, starsi bramkarze robimy przez godzinę, potem szedł na swoje zajęcia i jak mi mówiono, naśladował nas we wszystkim. On bardzo chciał grać w pierwszej drużynie FC Porto, co wkrótce się stało. Potem poszedł do Barcelony za siedem milionów dolarów, grał cały czas w reprezentacji Portugalii, był bożyszczem. Czy można się dziwić, że ma kilka domów?
Wracając do kleju, miłość do piłki to uczucie, a mnie chodzi o fizykę. Czemu piłka nie odskakuje im od nogi, a naszym odskakuje?
Najogólniej mówiąc, oni grają od chwili opuszczenia kołyski. Grają codziennie, gdzie się da, dozorcy kamienic nie mówią chłopakom, że w piłkę gra się tylko na boiskach. W Portugalii można grać na podwórkach, właściwie wszędzie, gdzie jest kawałek wolnej przestrzeni. Nawet trzeba grać.
To obywatelski obowiązek?
To więcej niż obowiązek. To religia. Kiedy mężczyzna ma sześć, siedem lat i przychodzi dzień naboru do sekcji piłkarskiej FC Porto, Benfiki czy Sportingu Lizbona, cała rodzina ubiera się elegancko i wyrusza z dzieckiem na boisko. Na czele pochodu idzie przyszły Luis Figo, trzymany za rękę przez rodziców, za nimi podążają ciotki z wujkami, rodzeństwo, pochód zamyka babcia z dziadkiem. Nie widziałem, jak wygląda portugalska matura, nie wiem, czy to jest wielki dzień w życiu młodych ludzi tego kraju, wiem natomiast, jak wygląda egzamin wstępny do sekcji piłkarskiej FC Porto. Ci ojcowie i dziadkowie to bardzo często członkowie klubu. Przyglądanie się temu piłkarskiemu pospolitemu ruszeniu było jednym z moich ważnych doświadczeń jako zawodowego piłkarza. Na czas naboru zabierano nas, pierwszą drużynę, na zgrupowania, albo dawano wolny dzień, żeby dzieciaki miały do dyspozycji cały stadion, z płytą główną włącznie. To było święto piłki.
Nie powiedział pan, czemu naszym piłka odskakuje...
Za mało gramy, za rzadko, a wszystko dlatego, że nasze dzieci nie mają gdzie grać. Nie dość, że komputery i telewizory zabierają piłce utalentowanych chłopaków, to jeszcze dozorcy ich przepędzają z podwórek i innych placów w mieście. I potem piszecie w gazetach, że napastnicy mają źle ustawione celowniki. Nawet najlepsze przyrządy celownicze nie pomogą, jak strzela się ze ślepaków.
Czy dużo jest Brazylijczyków w portugalskich klubach?
Kiedy grał w Porto Grzegorz Mielcarski, a ja pracowałem jako trener, mieliśmy brazylijskiego piłkarza o nazwisku Edmilson. Przyjechał z Brazylii po szkole dla księgowych i szukał pracy w swoim zawodzie. Musiał komuś powiedzieć, że grał w piłkę na plażach i podwórkach w Rio de Janeiro, dość że ktoś go zabrał na jeden trening, potem na drugi i przyszły księgowy stał się wkrótce pierwszoligowym piłkarzem w klubach portugalskich. Najpierw zagrał w drużynie Salgueiros, potem u nas w FC Porto, a potem pojechał do Paris St. Germain. Nie wiem, jakim byłby księgowym. Piłkarzem był wybitnym.
Pan sugeruje, że nawet księgowy brazylijski może grać w Europie w pierwszej lidze?
- Tego nie powiedziałem. Portugalia leży na szlaku z Brazylii do Europy i jest pierwszym portem, w którym zatrzymują się poszukiwacze piłkarskiego złota. Tych poszukiwaczy nie są setki, ale tysiące, oni nie pukają tylko do drzwi FC Porto, Benfiki i Sportingu Lizbona, ale szukają szczęścia w klubach II, III ligi i jeszcze niższych klas. Brazylijczycy przyjeżdżają trochę jak do siebie. Byłoby przesadą powiedzieć, że Portugalia jest piłkarską prowincją Brazylii, ale wpływy mistrzów świata są ogromne.
Mówi pan po portugalsku?
Grałem w FC Porto trzy i pół roku, potem pracowałem przez pięć lat, więc nawet gdybym nie chciał, musiałem mówić. Do Porto przyjechałem z Bastii, to jest na Korsyce i trochę rozumiałem francuski, więc było mi łatwiej zrozumieć, co do mnie wołają piłkarze FC Porto. Słownik bramkarza nie jest grubą książką, on musi umieć krzyknąć - puść, moja, idź w lewo, idź w prawo. Obrońcy krzyczą do niego - twoja, zostaw, wybij, uważaj na lewy słupek. Podczas meczu konwersacja jest skromna, zdania krótkie, konkretne.
Andrzeja Juskowiaka podobno uczył portugalskiego profesor uniwersytecki, zresztą Polak, i skutek nie był dobry. Gwiazdę Sportingu rozumieli literaci z Lizbony, ale ni w ząb piłkarze. Miał pan nauczyciela?
Nie miałem, nikt mi tego nie proponował i nikt nie stawiał takich warunków, że jak po pół roku nie będę czytał gazety, to rozwiążą ze mną kontrakt. Język piłki to nie jest duży zasób słów. Na boisku trzeba rozumieć intencje, na objaśnianie których nie ma czasu ani miejsca. Powiedzmy tak: lepiej jak zagraniczny piłkarz rozumie język kraju, w którym gra, ale nie jest to niezbędne.
Jakim krajem dla przybysza z Polski jest Portugalia?
Na to pytanie łatwo odpowiedziałby Grzegorz Mielcarski, który chce wrócić na stałe do Porto. Tam jest słońce, tam jest uśmiech, tam jest dobre jedzenie i takie samo wino. Tam jest ogólna życzliwość, a wokół byłego wybitnego piłkarza, coś więcej niż życzliwość. Mielcarskiego tam się wciąż podziwia i szanuje. Mieszkałem w tym kraju ponad osiem lat i rozumiem, że można tam chcieć wrócić.
Pana też szanowano. Czemu pan nie mieszka w Porto?
Bardzo głęboko zapuściłem korzenie w polską ziemię. Pojechałem za chlebem już jako doświadczony piłkarz, w Porto zjawiłem się mając 33 lata. Po mistrzostwach świata w 1986 roku kupiliśmy z żoną dom w Łodzi, więc powrót był czymś naturalnym. Powiem panu szczerze - ja się bałem Portugalii. Bałem się, że się potknę w interesach i mogę być drugim Eusebio. Kiedyś noszono go na rękach, a dzisiaj nie ma co do garnka włożyć.
Może to nie wina Eusebio?
W jakiejś części tak, ale przecież on nie żył wśród obcych ludzi, na innej planecie. Nie przegrał w kasynie, nie przepił, nie przehulał. Był prostym człowiekiem, ale bardzo wrażliwym i na widok każdego żebraka sięgał do portfela. Poza tym był wykorzystywany przez różnych cwaniaków. To legenda portugalskiej piłki i jednocześnie postać tragiczna. Nie wiem, dlaczego, ale przypadek Eusebio był dla mnie przestrogą. On też na swój sposób był przybyszem z zewnątrz, pochodził z Mozambiku. W Portugalii spotkałem wielu piłkarzy, którzy klepali biedę, chociaż byli kiedyś idolami tłumów i ludźmi bogatymi. Bałem się, żeby nie być jednym z nich.
Jak strzela karne Luis Figo? Bramkarz ma jakieś szanse?
Figo nie jest wielkim majstrem od karnych. Lepiej od niego robił to Michel Platini, kto wie, czy nie najlepiej ze wszystkich piłkarzy na świecie. Portugalczycy nie są mistrzami karnych. Można tylko powiedzieć, że robią to lepiej od Polaków. Jak mówiliśmy, mają klej na butach, są wspaniałymi technikami. Ale karne to przede wszystkim zimna krew.
Dlaczego Portugalia nie była nigdy mistrzem Europy?
Sam sobie zadawałem to pytanie. Zrozumiałem przyczynę wtedy, kiedy wielka gwiazda Porto i reprezentacji kraju Vitor Baia podpisał kontrakt z Barceloną i wpadał od czasu do czasu na kilka dni do domu. Dzwonił wtedy do mnie i mówił - przyjdź na kawę. To już był inny Vitor. Tak samo miły, tak samo ciepły, ale jakby inny. Kiedy portugalski piłkarz staje się człowiekiem sukcesu, to musi być widać. Na głowie ma być najlepszy żel, w powietrzu musi się unosić zapach najlepszych perfum, ubranie ma być co najmniej od Armaniego. Wszystko najlepsze i koniecznie nieportugalskie.
A na boisku dyskretny zapach najlepszych podań?
A właśnie, że nie. Na boisku portugalski piłkarz musi jeszcze mocniej podkreślić, że jest człowiekiem sukcesu. Jeśli jest pomocnikiem, nie będzie stawał na głowie, żeby jak najlepiej podać piłkę napastnikowi. Kto pamięta tego, który pięknie podaje? Wszyscy kochają tego, który pięknie strzelił i zdobył bramkę. Pomocnik Rui Costa zadba w pierwszej kolejności o to, żeby jego grę zapamiętano i pięknie opisano w gazetach, a dopiero w drugiej kolejności pomyśli o tym, żeby w tych samych gazetach były duże zdjęcia zdobywców bramek Cristiano Ronaldo czy Paulety.
A trener nie może posadzić na ławce naperfumowanej gwiazdy?
Niechby spróbował. Mógłby to zrobić tylko pod warunkiem, że reprezentacja kraju bez Luisa Figo, Paulety i Deco wygrałaby ważny mecz. Kto da takie gwarancje? Jeśli natomiast trener Scolari zrezygnowałby z gwiazd i przegrał mecz otwarcia z Grecją, prosto ze stadionu w Porto powinien pojechać na lotnisko i opuścić terytorium Portugalii pierwszym samolotem. Scolari i tak wiele ryzykuje, nie biorąc do kadry Vitora Bai.
Jaki jest portugalski kibic?
Przy Angliku to jest baranek, ale bez przesady. Portugalski kibic jest na stadionie podenerwowany, bardzo krytyczny wobec swojej drużyny. Rzuci czapką o ziemię, ale nożem w stronę Dino Baggio już nie. Jeśli jego drużyna przegrywa, jest nieznośny i niesprawiedliwy dla swoich idoli. Nie lubi ich. Ale po wyjściu ze stadionu zamienia się w osobnika, który wyszedł z filharmonii, przychyliłby wszystkim nieba i zaprosił na obiad kibica przeciwnej drużyny. Chodząca łagodność. Nie wiem, jak ten kibic da sobie radę z Anglikiem albo Niemcem w czasie mistrzostw Europy - to przybysze z innej planety.
Bramkarze cały mecz stoją i patrzą, więc dużo wiedzą. Pewnie pan wie, kto będzie mistrzem Europy?
Stawiam na Francuzów, mogą im przeszkadzać Włosi, może Holendrzy, bo Niemcy chyba nie. Moje serce jest wiadomo gdzie - przy Portugalii, ale ona jest okaleczona brakiem Vitora Bai. Ze wszystkich portugalskich bramkarzy jemu najbardziej ufam, chociaż nie jest młody. Dlaczego Scolari zapomniał o Bai, nie mam pojęcia. On jeszcze za to zapłaci, bo to będzie turniej bramkarzy. Przy tych nowych szybkich piłkach, bramkarze będą tak samo ważni jak środkowi napastnicy, a może jeszcze ważniejsi. Chyba że Portugalia dostanie skrzydeł po meczu otwarcia z Grecją. Tak może być.
<< Powrót