Paweł Janas : 'Za rok również wygram'
Został Pan uznany za najlepszego trenera mijającego roku w plebiscycie tygodnika "Piłka Nożna". Jest Pan zaskoczony tym wyróżnieniem?
Okazuje się, że trzy jesienne zwycięstwa w eliminacjach do mistrzostw świata wystarczyły do wyróżnienia. W tym roku nasze ligowe drużyny nie osiągnęły niczego znaczącego w rozgrywkach europejskich pucharów, mogłem więc liczyć na nagrodę. Wolałbym jednak, aby wygrywali klubowi trenerzy i dawali mi dobrych zawodników do reprezentacji.
Czy tegoroczne wyróżnienie jest dla Pana najcenniejsze?
Bardziej zasłużyłem na dwa poprzednie - w 1994 i 1995 roku zdobywałem z Legią mistrzostwa Polski, puchary i ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Czułem, że nagroda dla najlepszego trenera należała mi się. A teraz... zostałem chyba wyróżniony przedwcześnie.
Za dwanaście miesięcy zostanie Pan znów trenerem roku, po awansie do mistrzostw świata?
Wówczas będę wiedział za co.
Dlaczego nasi piłkarze zaczęli nagle wygrywać?
Ucieczka z Polski to najlepszy sposób, by zmobilizować i przygotować drużynę. Dlatego ukrywaliśmy się w niemieckim Herzlake. Poza tym przeprowadziłem sporo rozmów z piłkarzami. Na razie jednak nie ma się czym ekscytować - jesteśmy dopiero w połowie drogi na finały mistrzostw świata w Niemczech 2006.
Czy zamieszanie w krakowskiej Wiśle wpłynie na postawę piłkarzy tego klubu w reprezentacji?
Boję się tego. Znam i cenię trenera Kasperczaka. To najlepszy trener, jakiego ostatnio spotkałem w Polsce. Zawsze przysyłał mi na zgrupowania kadry dobrze przygotowanych piłkarzy. Teraz nie wiem, jak to będzie.
Wygraliśmy na wyjeździe z Irlandią Płn., Austrią i Walią, czyli najgroźniejszymi rywalami do zajęcia drugiej lokaty, która może premiować bezpośrednim awansem do mistrzostw świata. Spotkania w Polsce powinny być bułką z masłem.
Tak, jeśli podejdziemy do tych spotkań maksymalnie skoncentrowani i z wiarą w zwycięstwo.
Reprezentacja to śliski temat?
Oczywiście, w kraju nie ma bowiem aż tak wielu dobrych piłkarzy. Na dodatek ciągle ktoś jest kontuzjowany, ukarany kartkami. Martwi mnie, że kadra nie jest ustabilizowana. I nie chodzi o to, że ja w niej mieszam. Po prostu zmusza mnie do tego sytuacja.
Gdzie Pan odpoczywa i nabiera sił?
We wronieckich lasach. Nie tylko strzelam do zwierzyny, ale lubię także po prostu pospacerować i pooddychać świeżym powietrzem.
Może więc taką terapię zastosować piłkarzom?
Mieliśmy we Wronkach sporo zgrupowań. Zbyt wiele osób jednak przyjeżdżało w odwiedziny, robiło się gwarno. Uciekaliśmy więc do Niemiec.
Po towarzyskim meczu z Danią był Pan ostro krytykowany, ale kończy Pan rok jako zwycięzca.
Zwycięstwem jest dla mnie przede wszystkim piątkowa diagnoza lekarza, który stwierdził, że z moim zdrowiem wszystko jest w porządku. Nie jest tajemnicą, że walczyłem z rakiem krtani. Każdy dziennikarz może wypowiedzieć swoje zdanie na temat gry czy piłkarzy. Ale nie chciałbym, aby ktoś z butami wchodził w moje życie osobiste.
Jak Pan wytrzymuje zakaz palenia papierosów na ławce rezerwowych podczas meczów?
Tak samo jak w samolocie. Ale muszę chyba rzucić palenie. Lekarz powiedział, żebym lepiej dał sobie spokój z tym nałogiem. Chyba ma rację, wypalam prawie trzy paczki dziennie.
Czy czuje się Pan łodzianinem, warszawiakiem, czy mieszkańcem Wronek?
Największe sukcesy odnosiłem jako piłkarz i trener Legii Warszawa, dobrze o tym pamiętam. Dziś mieszkam we Wronkach i kibicuję Amice, bo ten zespół prowadzi mój asystent. Sentyment mam też do Widzewa, Włókniarza czy, jak kto woli, Trzech Koron Pabianice oraz francuskie Auxerre, w których kiedyś występowałem.
<< Powrót