Rozmowa z Jackiem Granatem, sędzią piłkarskim
Podobają się Panu zmiany, jakie wprowadza PZPN? Komentatorzy są raczej rozczarowani, bo zamiast zapowiadanej rewolucji będzie kilka nowych paragrafów i tyle…
– Kibice i większość dziennikarzy pod hasłem „rewolucja” rozumie, że polecą głowy, ktoś poda się do dymisji, będzie personalna czystka. Tymczasem dla sędziów rewolucja jest. Dotychczas nigdy nie mogłem wypowiedzieć się po meczu, bronić słuszności podjętych decyzji czy nawet ewentualnie przyznać się do popełnionego błędu. W kilku europejskich federacjach, m.in. w Niemczech, załatwiono w UEFA zgodę, by sędziowie nie musieli tylko słuchać połajanek. Dobrze, że u nas też to się zmieni. A już superrewolucją jest, że los sędziego nie będzie uzależniony od jednej noty obserwatora.
Bardzo dokuczyli Panu obserwatorzy, czy też zdobywca czterech z rzędu sędziowskich Oscarów ma tak mocną pozycją, że człowiek z notatnikiem nie może mu zaszkodzić?
– Sędziuję już ładnych parę lat i – aby dojść do tego poziomu – też musiałem przbrnąć przez tę „ścieżkę zdrowia”. Pamiętam jak kilka lat temu w meczu Widzew Łódź – Amica Wronki w 1999 roku podyktowałem trzeci rzut karny. Zdaniem obserwatora niesłusznie. Dostałem szóstkę, czyli notę fatalną. Musiałem do końca sezonu liczyć się z tym, że polecę z ekstraklasy. Ten jeden, jedyny gwizdek mógł więc decydować o całej mojej karierze.
Może zamiast zmniejszać uprawnienia, w ogóle skasować instytucję obserwatorów?
– Można, bo przecież w ekstraklasie wszystkie mecze są nagrywane przez Canal+ z kilkunastu kamer. Wtedy spokojnie usiądzie kilka osób, przeanalizuje zapis, oceni prawidłowość decyzji arbitra. Jest jednak jedno „ale” – inny jest jednak bezpośredni odbiór meczu z trybun, a inny z kamery telewizyjnej. Najlepiej byłoby wprowadzić zasadę, jaką przy okazji meczu Polska – Azerbejdżan wygłosił słynny niegdyś francuski arbiter Richard Vautrot: „Błąd sędziego jest tylko wtedy, gdy widać go z trybun”.
Oprócz obserwatorów na trybunach będą zasiadali także nadobserwatorzy z grupy Antoniego Piechniczka. Nie za dużo tej kontroli?
– Z tego co czytałem, to nie zostały jeszcze sprecyzowane ich uprawnienia. Na razie nie widzę w tym nic nowego. Kiedyś też wysyłano na mecze ekipy, które nazywano później „Brygadami Tygrysa”. Ostatnio PZPN również mógł wysłać na dowolnie wybrane mecze dodatkowego obserwatora, który miał pilnować, czy wszystko odbywa się zgodnie z regułami widowiska sportowego.
Może by tak sędziowie sami powiedzieli, co sądzą na temat Antoniego F., kolegi po fachu? Jakieś oświadczenie, wspólne stanowisko, list otwarty?
– Nie mieliśmy okazji porozmawiać. Ta sprawa wciąż jest badana przez prokuraturę. Nie przypuszczam jednak, aby ktoś wybierał się do Wrocławia na widzenie z aresztowanymi, ani wysyłał im paczki. Mnie osobiście bardziej poruszyły ostatnie wydarzenia z Katowic, gdzie po meczu GKS – Odra pobito naszych kolegów; tylko za to że rzetelnie wypełniali swoje obowiązki. Negatywne emocje zostały ukierunkowane. Dobrze, że utrzymano w mocy przepis, że sędzia nie może rozstrzygać meczów na swoim terenie. Był taki pomysł, żeby np. derby prowadził arbiter miejscowy. Szczerze mówiąc niezbyt komfortowo czułbym się poruszając po dwumilionowym mieście opłotkami – tylko dlatego, że komuś wydawało się, że w derby Warszawy sprzyjałem Legii bądź Polonii. Kilka lat temu w Trójmieście 90 minut meczu Lechii i Arki sędzia przypłacił spalonym mieszkaniem.
Kiedy PZPN ogłaszał, że od teraz sędziowie będą musieli się zatrzymywać przed meczami w ściśle wyznaczonych hotelach, żartowano, że teraz łatwiej będzie was znaleźć…
– W świetle wydarzeń w Katowicach brzmi to rzeczywiście fatalnie. Pomysł w swojej istocie jest jednak dobry, tak samo jak z wcześniejszym ogłaszaniem obsady. To krok ku standardom europejskim. Tam sędziowie mogą planować życie na długo do przodu. My dostawaliśmy sygnał najwcześniej 48 godzin przed spotkaniem i niejednokrotnie trzeba było poważnie rewidować swoje plany. Na marginesie – mam tylko nadzieję, że nie będą dla nas rezerwowane hotele klasy „Sheraton”, bo przecież to nam będą potem ścigali z gaży koszty noclegów i dojazdu.
Dość głośno jest o pomyśle, aby za zawalony przez arbitra mecz nie płacić mu wynagrodzenia, tak jak nie płaci się hydraulikowi za źle wykonaną pracę…
– Pomysłów jest wiele, również i ten można rozważyć. W Europie lansuje się inny model finansowania. Federacja podpisuje się z arbitrami kontrakty terminowe. Sędzia ma spokojną głowę. Aby zarobić nie musi ścigać się i prowadzić jak najwięcej meczów. Może spokojnie wyleczyć kontuzję, poukładać sprawy rodzinne. W przypadku słabszej formy na tydzień, dwa można sobie odpuścić sędziowanie i popracować nad sobą. Owszem jest ryzyko, bo kontrakt można przedłużyć na kolejne pół roku albo nie, ale kto zrezygnuje z dobrego pracownika? Jednak na razie sędziowie stricte zawodowi to w naszym futbolu melodia przyszłości.
Po aresztowaniu Antoniego Fijarczyka i Mariana Duszy cały czas mówi się o sprzedajnych sędziach, obserwatorach. Nie ma jednak nic o poszukiwaniu dających, czyli prezesów klubów…
– Dobre stwierdzenie, ale nie ja powinienem być adresatem tej wątpliwości.
rozmawiał Roman Brzozowski (Trybuna)
<< Powrót