Sebastian Mila - pierwsze łzy jak przeznaczenie
Wiara, nadzieja, miłość. Z trzech cnót w zasadzie brakuje mu tylko tej pierwszej, bo na spełnienie marzeń czeka cierpliwie, a piłkę od dawna kocha. Nie może jedynie uwierzyć, że powinien zostać liderem reprezentacji. Sebastian Mila...
Zacznijmy może od początku. Co się stało 10 lipca 1982 roku?
To data moich urodzin. Wówczas nie wiedziałem, że wszystko tak się potoczy...
Wywinął Pan przy okazji niezły numer, bo akurat w tym samym dniu piłkarska reprezentacja Polski stawała się trzecią drużyną świata. Kiedy wszyscy się radowali, Pan płakał na porodówce...
No rzeczywiście. Ale to były łzy szczęścia. Ja nie wiedziałem, ale być może moi rodzice wierzyli, że to jest płacz, który kiedyś będę mógł przeżyć powtórnie, tym razem jako piłkarz...
Wierzy Pan w przeznaczenie?
Tak. Wierzę w różne przesądy, ale nie ograniczam się tylko do tego. Mam nadzieję, że dzięki tej dacie uda mi się kiedyś spełnić swoje marzenia.
Kiedy postanowił Pan zostać piłkarzem?
To, że zagram w ekstraklasie i pierwszej reprezentacji, było ustalone jakby odgórnie - przez mojego tatę. Sam był w Koszalinie postacią znaną i szanowaną, bo w piłkę grał naprawdę dobrze - występował w pierwszej lidze, a potem w reprezentacji olimpijskiej. To on zaszczepił we mnie miłość do piłki. Do niczego mnie jednak nie zmuszał. Taką drogę wybrałem z własnej woli i nie żałuję.
Dzisiaj jest Pan liderem Groclinu. Fajnie być pupilem niewielkiego miasteczka?
Są tego plusy i minusy. Przez ostatnie kilka miesięcy wiele się zmieniło w moim życiu. W Grodzisku Wielkopolskim, gdzie jestem już ponad dwa lata, liczy na mnie wiele osób - nie tylko prezes, trener i koledzy z drużyny. I ja czuję ten ciężar. Po zwycięstwach jestem chwalony, ale kiedy przegrywamy - muszę wziąć to na siebie.
W tym sezonie, spośród wszystkich drużyn ekstraklasy, Groclin kompletem punktów cieszył się najdłużej. Mało kto się spodziewał, że passa zwycięstw zostanie przerwana w potyczce z Cracovią...
Wystartowaliśmy w rozgrywkach bardzo dobrze i chyba sami do końca się tego nie spodziewaliśmy. Nikt nie mówił, że jedziemy do Krakowa po łatwe zwycięstwo. W tym dniu Cracovia była po prostu lepsza i to jest jedyne wytłumaczenie porażki. W rewanżu nie pójdzie jej tak łatwo.
Przez ostatni rok pewnie kilka razy śniła się Panu bramka z Pucharu UEFA, którą z rzutu wolnego strzelił Pan samemu Davidovi Seamanowi. Długo był Pan zły, że w tym sezonie Groclinu zabrakło na europejskiej arenie?
Rzeczywiście, po wyeliminowaniu Herthy Berlin i Manchester City złapaliśmy spory apetyt na europejskie puchary. Również porażka z Bordeaux była dla nas cennym doświadczeniem. Niestety, w poprzednim sezonie ekstraklasy znalazły się drużyny od nas lepsze i kibicujemy właśnie im. Teraz musimy się starać o to, by za rok zasiadać na przedmeczowych odprawach zamiast przed telewizorem.
W tym sezonie awans do europejskich pucharów to chyba dla was plan minimum...
To fakt. Nie musimy nawet nakreślać takich celów, bo każdy z nas ma duże ambicje. Jeśli znów się nie uda, będzie to nasza porażka...
Występuje Pan w Groclinie czwarty sezon. Czy nadchodzi powoli pora na zarobkowanie w innej walucie?
Czas toczy się bardzo szybko. Moje aspiracje są coraz wyższe, ale muszę stąpać mocno po ziemi. Jeśli chcę występować w mocnej lidze zagranicznej, powinienem koncentrować się przede wszystkim na dobrej grze. W Groclinie mam jeszcze dwa lata kontraktu i muszę go wypełnić. Chyba że jakiś klub zechce mnie kupić za dwa miliony euro. Wtedy odejdę. A jak nie, to pozostanę w Grodzisku i będę grał tak, żeby Groclin zechciał przedłużyć ze mną umowę.
Jaka liga najdokładniej odpowiada pańskim predyspozycjom?
Wydaje mi się, że najlepiej zaaklimatyzowałbym się w ekstraklasie Anglii. Występować tam na co dzień - to byłaby wielka sprawa. Gra się tam dużo, a to lubię najbardziej. Wiem jednak, że moje umiejętności nie są jeszcze na tyle wystarczające, żebym mógł sobie wybierać ligi. Pójdę do takiego zespołu, który będzie mnie chciał tak mocno, jak kiedyś Groclin.
W realizacji planów może pomóc reprezentacja. W 2001 roku został Pan mistrzem Europy U-18, ale z tej złotej drużyny jest Pan dzisiaj jedynym zawodnikiem, który na dobre zadomowił się w kadrze A...
Pierwsza reprezentacja zawsze była moim wielkim marzeniem. Każdy przyjazd na zgrupowanie kadry to wielkie przeżycie, odbieram to zawsze z wielkim stresem i taką samą radością. U mnie w rodzinie wszyscy są wtedy na posterunku. To dla nas wielkie święto - czujemy się bardzo mocno związani z naszym narodem.
Jest Pan kreowany na lidera reprezentacji, ale na razie wychodzi to średnio. Zastanawiam się, czego brakuje do pełni szczęścia - chodzi o braki czysto piłkarskie czy może niedoskonałości w sferze mentalnej?
Wiele osób, w tym trenerzy i dziennikarze, chętnie widzieliby mnie w roli lidera. Sprawia mi to wielką przyjemność i mobilizuje do pracy, ale z drugiej strony - wiem, że ja niestety nie jestem zawodnikiem, który mógłby takie zadanie spełnić. Dla drużyny narodowej mogę zrobić bardzo wiele i jestem do dyspozycji w każdym momencie, ale predyspozycji do prowadzenia gry nie mam. Nie dam rady.
Co na to selekcjoner?
Nigdy nie mówił, że ja mam być tym liderem. Pawłowi Janasowi zawdzięczam bardzo wiele. To, że jestem w takim a nie innym miejscu, zawdzięczam również jemu. Zaufał moim umiejętnościom i dlatego kiedy jestem powoływany do reprezentacji, nie gram tylko dla siebie, rodziny i kibiców, ale również dla niego.
Po meczu z Irlandia Północną przyznał Pan, że nie spodziewał się miejsca w podstawowym składzie. Czy zawodnik, który ma być jeśli nie "playmakerem", to na pewno centralną postacią zespołu - może się w takim momencie zdziwić?
Doprawdy zaskoczył mnie Pan tym pytaniem, ale jest jak najbardziej zasadne. Nigdy nie ma pewności, czy selekcjoner będzie mnie potrzebował. Cieszę się więc z samego powołania do kadry, a moja obecność w pierwszej jedenastce to... nie muszę Panu mówić - zaszczyt i niedowierzanie. Mam nadzieję, że wszyscy mnie zrozumieją...
Wpatruje się Pan czasami w gwiazdy?
W piłkarskie?
Nie, w te na niebie...
Zazwyczaj nie zwracam na nie większej uwagi.
A ciekawych rzeczy można się czasami dowiedzieć. Jeśli wierzyć w horoskop celtycki, przyszedł Pan na świat pod tym samym znakiem, co wielki Napoleon Bonaparte. Dobry był Pan z historii?
Raczej średni. Ale wiem, że był cesarzem Francji - a do tego wielkim strategiem i przywódcą.
No właśnie. Może jednak pokierowałby Pan tą reprezentacją...
Hmm... To ja to jeszcze raz przemyślę...
<< Powrót