Sebastian Mila: Jestem taki synek mamusi...
Sebastian Mila uchodzi za bardzo zdolnego pomocnika i przepowiada mu się dużą karierę. Już teraz pytają się o niego zagraniczne kluby. Jak zaczynał swoją przygodę z piłką ten 22-letni pomocik, co jest jego największym marzeniem oraz jak spędza wolny czas przeczytacie w wywiadzie przeprowadzonym przez redaktora "Rzeczpospolitej".
Zawsze chciał pan być piłkarzem?
SEBASTIAN MILA: Zawsze. Tata grał w piłkę i w domu ciągle rozmawiało się o futbolu. Zrozumiałem, że będę piłkarzem od chwili pierwszego powołania do reprezentacji młodzieżowej. To był mój wielki sukces. Na koszulce był orzełek, grali hymn i poczułem, że jestem pasowany na zawodowca. Grałem wtedy w Lechii Gdańsk.
Wyjechał pan z rodzinnego domu w Koszalinie mając 15 lat. Mama płakała?
Płakała, i ja płakałem. Rodzice bali się, że nie dam sobie rady, bo z natury jestem bojaźliwy, taki synek mamusi, a tu nagle wrzucono mnie na głęboką wodę. Na początku miałem kłopoty, żeby się zaaklimatyzować w Gdańsku, ale ludzie pracujący w Lechii pomogli mi. Trafiłem pod skrzydła wspaniałego trenera Michała Globisza, w liceum ogólnokształcącym przy AWF załatwili mi indywidualny tok nauczania. Dzięki tym ludziom zostałem piłkarzem, zdałem maturę. To oni przygotowali mnie do roli reprezentanta Polski. Oni i rodzice.
Ojciec grał w piłkę w II lidze. Wzorował się pan na nim?
Był moim pierwszym trenerem. Na boisku traktował mnie źle. Krzyczał, ciągle coś mu się nie podobało. Ale tata ma taki charakter i takiego go kocham. W życiu też jest ostry. Lanie było na porządku dziennym. Wisiał pas i tata często mi groził, że sięgnie po "przyjaciela". Czasem sięgał. Dostać paskiem na goły tyłek - to się zdarzało. Za słabe oceny, za pyskowanie, za to, że źle zachowywałem się na treningu. Kary mi się należały, bo młodzi muszą być karani, żeby wyszli na ludzi. Później zaczął mnie traktować inaczej - były kłótnie albo dyskusje, ale już bez żadnych konsekwencji.
Mama zna się na piłce?
Nie bardzo, ale czyta gazety sportowe, ogląda mecze w telewizji. Ostatnio powiedziała mi, że dobrze grał Figo i stwierdziła, że ojciec jej powiedział, iż mam grać jak Kaka, ten z Milanu. Ma numer 22 na koszulce, ten sam, co ja. Opowiada mi, kto dobrze o mnie mówi lub pisze, a kto źle.
Jest pan jedynakiem?
Mam starszą siostrę Kasię. Ja jestem bliżej mamy, ona - taty. Kasia czasem nawet jest zła, że mama jest bardziej za mną, są z tego powodu sprzeczki. Kasia skończyła prawo, mieszka w Warszawie, ma syna Dominika, który jest moim chrześniakiem. Jest trochę zwariowana. Za to jej mąż Jacek - to wielki kibic i oaza spokoju. Zawsze na niego można liczyć. To mój przyjaciel. Zaczynał od zera, przyjechał na studia do Warszawy, dziś jest drugą osobą w firmie Sharp. Sam potrafił dojść na szczyt i to mi imponuje. Wiem, że siostra jest w dobrych rękach.
Oddaje pan rodzicom zarabiane pieniądze?
Cały czas, od chwili, gdy trafiłem z Lechii do Orlenu Płock. Gdybym je miał, pewnie bym wydał. Znam siebie - nie da się mieć pieniędzy i ich nie wydawać. Nie jestem oszczędny i nikomu nie odmówiłem pomocy. Czuję się zobowiązany pomagać ludziom. Nie chodzi o to, żeby zdobywać publiczny poklask z tego powodu. Po prostu wiem, że Bóg wynagrodził moją pracę i pomógł mi w osiągnięciu moich celów - gram w reprezentacji. Czuję, że mam dług wdzięczności i dlatego pomagam innym, głównie członkom rodziny. Nie muszę, ale chcę. Pomaganie innym to wspaniała rzecz. Tak wychowali mnie tata z mamą.
Wiara jest ważna w pańskim życiu?
Najważniejsza. Rodzice od początku uczyli mnie, że wszystko dzieje się dzięki Bogu i on nad wszystkim czuwa. Gdy nie strzeliłem gola Polonii Warszawa w wymarzonej sytuacji, powiedziałem mamie, że chyba musiałem ostatnio sporo nagrzeszyć, skoro tyle mi zabrał w tym meczu. Staram się bywać w kościele jak najczęściej - przynajmniej raz w miesiącu. Przepraszam Boga za to, że nie mogę bywać co tydzień. Czasem nie idę przez lenistwo albo zaniedbanie.
Ile zostawia pan sobie miesięcznie na życie?
Około trzech tysięcy. Wydaję pieniądze na dobre jedzenie, fajne ciuchy, wyjazdy do Poznania, prezenty dla dziewczyny. Rodzice konsultują ze mną zakupy z moich pieniędzy. Rzadko mówię "nie", właściwie zostawiam im wolną rękę. Oni też przeżyli trudne chwile związane z brakiem pieniędzy. Tata trochę zarobił, ale one uciekły. Nauczyli się, co trzeba zrobić, żeby więcej nie uciekały. Mama jest świetną biznesmenką. Oboje prowadzą pralnię chemiczną w Koszalinie. Moja dziewczyna ma na imię Aneta, pochodzi spod Koszalina. Jest bardzo spokojna. Ostatnio nie wiedzie nam się najlepiej, jesteśmy w dołku. Raz mówimy sobie, że już ze sobą więcej nie wytrzymamy, potem nie wyobrażamy sobie życia oddzielnie. Widzimy się rzadko, raz na 3 - 4 tygodnie.
Wspominacie o ślubie?
Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Ona wie, że moim życiem jest teraz piłka. Chcę spełnić swoje marzenie, grać za granicą, być gwiazdą futbolu. Założenie rodziny chyba, by mi przeszkadzało.
Jest pan coraz bardziej popularny. Pojawiają się pokusy?
Jestem, kim jestem głównie dzięki mediom. Zawsze chciałem być popularny i właśnie to się spełnia. Sprawia mi wielką radość, gdy ktoś wymienia moje nazwisko albo daje do zrozumienia, że mnie zna. Czuję się wtedy silny i dowartościowany, wyjątkowy. A pokusy? Pewnie, że jest ich coraz więcej. Ale dla mnie nie istnieją. Nie chcę, żeby moja dziewczyna miała jakieś podejrzenia.
Jak pan spędza wolny czas?
Grodzisk jest mały, ma się wrażenie, że chodzi się po jednym pokoju. Dlatego często z chłopakami jeździmy do Poznania do kina, postrzelać z wiatrówki, pograć w bilard. Wyrzekłem się wielu rzeczy, ale jeden występ w reprezentacji pozwala zapomnieć o tym, co się straciło. Smutki lądują w koszu. Każde powołanie do kadry to niesamowite uczucie, najprzyjemniejsza rzecz, jaka może spotkać piłkarza.
Nie jest panu już za ciasno w Grodzisku?
Chciałbym wyjechać za granicę. Panu Drzymale zawdzięczam jednak tak dużo, że nigdy nie będę wobec niego obojętny. Wspólnie musimy podjąć decyzję o moim odejściu. Jeśli powie, że jestem potrzebny Groclinowi na rundę wiosenną, to odpowiem: oczywiście, nie ma sprawy, zostaję. Nie chciałbym przechodzić do innego polskiego klubu. Gram w wystarczająco mocnym Groclinie, by spełnić polską część swoich marzeń. Prawdziwym celem jest Anglia. Tę piłkę chce się oglądać - klimat i styl są niepowtarzalne. Chciałbym kiedyś tego posmakować. Tottenham, Fulham, Middlesbrough, Blackburn - to znakomite kluby. Szykuję się do wyjazdu. Chciałbym, żeby ktoś jeszcze na mnie postawił, bo do tej pory jedynym był prezes Drzymała.
Co się stanie, gdy zacznie pan zarabiać milion funtów rocznie?
Otworzę fundację, jak wszyscy znani zawodnicy. Na pewno już nigdy niczego nie zabraknie mojej rodzinie. Sporo wydam na spełnienie zachcianek. Chcę pojeździć po świecie, żyć w luksusie.
Co powie tata, gdy wyjedzie pan do Anglii?
Jest silny i nie daje tego po sobie poznać, ale wiem, że się w nim gotuje, bo też czeka na mój wyjazd. Na pewno przyjedzie na mój pierwszy mecz i skończy się relacja tata - syn. Będziemy partnerami.
Już raz mógł pan wyjechać, ale do Moskwy...
Obiecywano mi trzyletni kontrakt i milion dolarów za każdy rok gry. Już prawie widziałem te pieniądze w swoich rękach, bo wtedy mógłbym pomóc wielu osobom. Bałem się jednak, że to nie jest odpowiedni rejon dla mnie. Moskwa i Rosja nie dawały mi komfortu psychicznego, chociaż wielu moich kolegów świetnie by się tam znalazło. Na przykład ci z podwórka, z Koszalina. Jest ich czterech i mogliby być moimi ochroniarzami. Grałem z nimi kiedyś w piłkę. Wybrali inną drogę życiową, każdy z nich siedział w więzieniu dłużej lub krócej, ale pozostaną moimi kolegami i nigdy się ich nie wyrzeknę. Gdy jadę do domu, zawsze się z nimi spotykam. Stawiam im piwo, idziemy na kręgle, na bilard i są łagodni jak baranki. Nie wiem, co się z nimi dzieje, gdy wyjeżdżam. Wpadają w amok. Dostaję potem wiadomości, że jednego lub drugiego zgarnęli. To złodziejaszki, mają na koncie rozboje. Choć w Koszalinie plotkują, że spotykam się z niewłaściwymi ludźmi, ja czuję się przy nich bezpiecznie.
Pańska dewiza życiowa - nikogo nie krzywdzić?
To prawda. Do dziewczyny, przyjaciela, kolegi, menedżera, trenera podchodzę tak samo. Ufam im. Nieraz przez tę swoją postawę nadziałem się na minę. Gdy ktoś mnie zawiedzie, przestaje dla mnie istnieć. Nigdy nikogo nie oszukałem, nie umiem kłamać i tego samego oczekuję od innych. Życie jest łatwiejsze, jeśli się nie kłamie. Gdy zależy mi na przyjaźni z kimś, to robię wszystko, by mi zaufał. Zdaję sobie sprawę, człowiek popularny, znany i lubiany, czasem wyżej podnosi głowę. Ze mną jest inaczej. To ja zabiegam o względy. Im więcej udzielę wywiadów, tym bardziej chcę, żeby mnie lubili, znali jako "swojego" człowieka. Kumpla. Sławni ludzie nie muszą być źli.
Na boisku też jest pan taki uprzejmy?
Na boisku wkrada się we mnie coś złego. Czasem zżera mnie chora ambicja. Wygaduję sędziom różne rzeczy. Niekontrolowane emocje znajdują wtedy ujście. Nie jestem szarą myszką. Nigdy specjalnie nie fauluję, bo to jest łobuzerstwo, ale nieraz pokopiemy się z kimś, wyzwiemy. Po meczu jednak dziękujemy sobie za pojedynki. Na tym polega zawodowstwo.
Co pan czuje, gdy trener Janas mówi, że na środku pomocy zagrają Kałużny z Szymkowiakiem?
Rozczarowanie, bo mam świadomość, że zawiodłem tatę. On jest przekonany, że Janas wystawia do drużyny tych, którzy błyszczą na treningach, więc jak nie gram, stwierdza, że na pewno słabo przykładałem się. A to nieprawda, bo na treningach zawsze robię wszystko, żeby trafić do pierwszego składu. Ale nie mam żalu do trenera. Jeśli twierdzi, że jestem słabszy, to pewnie ma rację. Zawdzięczam mu bardzo wiele, zawsze będę jego dłużnikiem.
Dlaczego nie mówi pan, że jest najlepszy? Brak pewności siebie?
Być może gdybym mówił, że jestem dobry, grałbym jeszcze lepiej. Ale ja tak nie umiem. Dla mnie zaszczytem jest to, że na swojej drodze spotkałem Zbigniewa Bońka, bo za jego kadencji trafiłem do reprezentacji. Zaszczytem jest również to, że mam telefon do pana Engela i że mogę do niego zadzwonić. W reprezentacji spotykam wielu zawodników, których jeszcze niedawno oglądałem tylko w telewizji. To dla mnie niesamowite przeżycie, że mogę teraz z nimi grać w jednej drużynie i pogadać.
Pańska kariera przypomina bajkę o księciu?
Tak. Na sezon zamawiam ok. 3000 swoich zdjęć i wszystkie się rozchodzą. Ludzie noszą koszulki z moim nazwiskiem. Wiem jednak, że muszę stać na ziemi, bo jak zacznę latać, to dostanę obuchem i za chwilę może mnie nie być. Nie mogę do tego dopuścić. Mam 15 meczów w reprezentacji, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Będę szczęśliwy, jeśli będzie ich 60. Awansuję wtedy do Klubu Wybitnego Reprezentanta i na zawsze trafię do kronik polskiej piłki.
<< Powrót