Tomasz Frankowski: Nie szukam konfliktów
Mówi Tomasz Frankowski, król strzelców polskiej ligi
Rzeczpospolita: Ma pan swoją czarną listę z nazwiskami trenerów, którzy mówili, że Frankowski z takim wzrostem nie ma czego szukać w wielkim futbolu?
Tomasz Frankowski: Zawsze byłem najmniejszy w grupie i swoje z tego powodu odcierpiałem, ale nie jestem pamiętliwy. Jeśli do kogoś mam pretensje, to do dwóch trenerów reprezentacji Janusza Wójcika i Jerzego Engela. Nie widzieli dla mnie miejsca, choć królem strzelców ligi byłem już w 1999 i 2001 roku. Wójcik i Engel niby dawali mi szansę, ja ją moim zdaniem wykorzystywałem, ale jak widać trenerzy nie podzielali tej opinii. Wtedy nie mogłem liczyć na pomoc prasy, nie było nikogo, kto by się za mną wstawił. Szkoda. Ucierpiała na tym reprezentacja, bo mógłbym jej pomagać już od kilku lat. Gdy analizuję swoją formę w ostatnich sześciu, siedmiu sezonach, nie widzę wielkich wahań. Tylko jakoś tak się utarło, że Frankowski wyżej piłki ligowej nie podskoczy.
Arsene'owi Wengerowi pana nikła postura nie przeszkadzała.
On we mnie wierzył. Grałem u Wengera przez dwa miesiące w japońskim klubie Nagoya Grampus Eight i dostawałem szansę niemal we wszystkich meczach. Francuz był już wtedy znany. Do Japonii przyjechał po zwycięstwie z AS Monaco w finale Pucharu Zdobywców Pucharów. Zaufał mi, ale byłem wówczas w słabej formie. Przyszedłem do Nagoi po półrocznej przerwie w grze, bo trener Racingu Strasbourg - nawet nie chcę wspominać jego nazwiska - usunął mnie ze składu. Gdy skończył się okres wypożyczenia mnie klubowi Grampus Eight, jego władze nie zdecydowały się na transfer. A Wenger już odchodził do Arsenalu i nie było sensu, żeby się za mną wstawiał. Miło go wspominam. Spotkaliśmy się w ubiegłym roku przy okazji meczu Polska - Francja w Paryżu. Porozmawialiśmy chwilę. To dobry człowiek.
A dla Pawła Janasa znalazłoby się miejsce na pana liście?
Gdyby dziennikarze jesienią ubiegłego roku nie zmusili go do włączenia mnie do kadry, pewnie tak by było. Na szczęście powołanie przyszło, pomogłem reprezentacji zdobyć kilka punktów w eliminacjach mistrzostw świata. Przestałem być piątym kołem u wozu i temat jest zamknięty.
Okres, gdy z Janasem nie szczędziliście sobie uszczypliwości, też jest zamknięty?
Między trenerem a piłkarzem nigdy nie będzie przyjaźni, zresztą nie o to chodzi - raczej o szacunek, zaufanie. Nie ma co ukrywać, początkowo relacje z Pawłem Janasem były szorstkie. Teraz jest już między nami pełne porozumienie. Trener stał się bardziej rozmowny i to dotyczy nie tylko mnie, ale również innych kadrowiczów. Eliminacyjne zwycięstwa uczyniły z nas zgraną grupę. Wszyscy wiemy, że trener ma specyficzny charakter. Dziennikarze dostają czasami od niego po uszach, ale w stosunku do nas jest spokojny. Kreda nie wypada mu z rąk na odprawach.
Może selekcjonera drażnił pana cięty język i pewność siebie?
Nie szukam konfliktów. Kiedy mówię do trenera Janasa, że uratowałem mu posadę, a do prezesa Michała Listkiewicza, że dzięki mojej grze w meczu z Walią ma zapewnioną kolejną kadencję, wszyscy wiedzą, że to żarty.
Gdy mówi pan bez ogródek o sytuacji w Wiśle, władze klubu też są tak wyrozumiałe?
Dwa razy zostałem wezwany na dywanik po wywiadach, bo mamy klauzulę w kontrakcie zabraniającą nam krytykowania np. członków zarządu. Uważam, że jeśli mówię prawdę, nie można tego odbierać jako szkodzenia klubowi.
Wisła zdobyła łatwo trzeci tytuł z rzędu, a jednocześnie od zimy w klubie nie było chwili spokoju. W dziwnych okolicznościach zmieniono trenera, właściciel ogłosił, że chce sprzedać klub, a piłkarze przez całą rundę wiosenną sprawiali wrażenie, że grają już tylko siłą rozpędu.
Na półmetku sezonu mieliśmy osiem punktów przewagi, na koniec - jedenaście. Liczby mówią same za siebie. Inna sprawa, w jakim stylu zdobywaliśmy punkty wiosną. Po zwolnieniu Henryka Kasperczaka na efektowne zwycięstwa czekaliśmy bardzo długo. Właściwie aż do ostatniego meczu sezonu z Groclinem. Z trudem przyzwyczajaliśmy się do metod Wernera Liczki.
W waszych umowach z klubem najwyraźniej nie ma klauzuli o zakazie krytykowania trenera.
Powtarzam jeszcze raz: trener Liczka powiększył przewagę wypracowaną pod wodzą Kasperczaka, czyli wykonał swoją pracę bardzo dobrze. Jeśli zdobędziemy jeszcze Puchar Polski, cały splendor spłynie na niego, bo zaczęliśmy te rozgrywki już po zwolnieniu Kasperczaka.
Skoro było tak dobrze, czemu w prasie cały czas pojawiały się wasze narzekania? Pan w rundzie wiosennej nie cieszył się nawet po zdobyciu bramki...
Do przerwy zimowej strzeliłem dziewiętnaście goli, a po niej tylko sześć, więc z czego miałem się cieszyć? Gdy piłkarz przyzwyczai się do imponujących zwycięstw, trudno mu zaakceptować, że jego drużyna męczy się, by wygrać 1:0. My szanujemy Wernera Liczkę. Widzimy jego pracowitość, uczciwość i chęć znalezienia z nami wspólnego języka. Nie można mu nic zarzucić poza tym, że gramy znacznie mniej efektownie niż jesienią.
Henryk Kasperczak też miał trudne początki w Wiśle.
Tak, ale wtedy wszystko zaskoczyło dużo szybciej. Oczywiście nie wolno zapominać, że kłopoty Wernera Liczki wynikły również z tego, że z klubu odszedł Mirek Szymkowiak.
Kibice Wisły pod koniec sezonu machali Liczce białymi chusteczkami na pożegnanie i obrażali go w ordynarny sposób, zwłaszcza podczas meczu z Górnikiem Zabrze. Nie czuliście, że wasze krytyczne uwagi pod adresem trenera mogły ich zachęcić do takiego zachowania?
Czuliśmy niesmak, ale przecież to, co się działo, nie było naszą winą. My nie graliśmy przeciw Liczce. Broniliśmy go, strzelając bramki i wygrywając mecze. Co jeszcze mogliśmy zrobić?
Poprosić kibiców, by dali nowemu trenerowi więcej czasu.
Zgoda, może powinniśmy się zachować inaczej.
Po raz trzeci został pan najskuteczniejszym piłkarzem ligi. Wie pan, ile bramek trzeba jeszcze strzelić w ekstraklasie, by wyrównać rekord Ernesta Pohla?
On zdobył 186 goli, ja 112. To przepaść. Na razie gonię Jerzego Podbrożnego, który jest na dziesiątym miejscu ze 120 bramkami. Po tym sezonie naprawdę mam powody do dumy, bo tym razem wszystkie 25 goli strzeliłem z akcji. Wyprzedziłem Maćka Żurawskiego o jedną bramkę, do końca się ścigaliśmy, ale też kibicowaliśmy sobie.
Byłby pan bliżej rekordu Pohla, gdyby nie wyjazd z Polski na początku kariery. Jak to się stało, że dziewiętnastoletni mało znany w Polsce piłkarz trafił z Jagiellonii Białystok do ligi francuskiej?
Wszystko dzięki temu, że grałem w reprezentacji Polski juniorów. Występowaliśmy we Francji, a na trybunach był menedżer Racingu Strasbourg. Francuzi wykupili mnie z Jagiellonii, w której wówczas grało jeszcze wielu zdolnych chłopaków, m.in. Marek Citko, Jacek Chańko, Mariusz Piekarski, Bartosz Jurkowski. Dzięki trenerowi Ryszardowi Karalusowi, który stawiał na młodych, miałem już za sobą kilka meczów w polskiej lidze. W Racingu na początku szło dobrze, potem coraz gorzej. We Francji grałem jeszcze w dwóch klubach z niższych lig, aż w 1998 roku ktoś z Wisły wybrał się na mistrzostwa świata do Francji i tu przypomniano mu, że jest taki piłkarz jak Frankowski. Tak zostałem odkurzony dla Polski, z pożytkiem dla mnie i Wisły, która od tamtego czasu pięć razy zajęła pierwsze miejsce w lidze.
Maciej Żurawski chce w lecie odejść za wszelką cenę. Pan po siedmiu latach gry w Krakowie też powie dość?
Maciek ma oferty z dobrych klubów, atrakcyjne finansowo. Po mnie nikt się jeszcze do Wisły nie zgłosił, po co więc mam wybiegać przed szereg. O tym, że są zainteresowani - Fiorentina, Empoli, Livorno - wiem z gazet i od menedżerów. Dziennikarze sprzedali mnie na papierze klubom z całej Europy. Tylko do mnie żaden kupiec z konkretną ofertą się nie zwrócił.
A jeśli telefon w końcu zadzwoni?
Wtedy usiądę i przemyślę wszystkie za i przeciw. Na pewno silnym argumentem będą oferowane w zagranicznej lidze pieniądze. Z drugiej strony Wisła znów nabiera rozpędu, a w tym roku pierwszy raz zaczniemy eliminacje Ligi Mistrzów od trzeciej rundy. Awans do tych rozgrywek zmieniłby wszystko. Na razie nie wiadomo jednak, kto po tym sezonie odejdzie z zespołu, czy będziemy mieli wystarczająco silny skład. Można powiedzieć, że zdobycie przez Wisłę trzeciego z rzędu tytułu było końcem pewnej historii. Jak będzie wyglądał dalszy ciąg i czy ja też będę go pisał - jeszcze nie wiem.
Rozmawiał Paweł Wilkowicz ('Rzeczpospolita')
<< Powrót