Wywiad z Dariuszem Kubickim
- Mam teraz trochę wolnego czasu więc zajmuję się czymś zupełnie nowym. Stworzyłem piłkarską akademię imienia Dariusza Kubickiego. Wszystko profesjonalnie - z opieką medyczną, z językiem angielskim przed treningami.
-Nazwisko Kubicki jeszcze kogoś do niej przyciągnie?
- Ha, ha. Zobaczymy, dopiero wszystko się rozkręca. Zbieram chętnych i roczników 1993-98: Uważam, że to dobry pomysł. Zawsze, gdy będę miał przerwę w prący z zawodowymi piłkarzami, będę miał gdzie wracać.
-Na razie ma pan tylko przerwę.
- Na początku wszystko było fajnie. Człowiek odpoczął trochę od stresu, ale minęło półtora miesiąca i zaczęło mi brakować adrenaliny. Szybko zdałem sobie sprawę jak trudno jest znaleźć pracę. Do dziś nie dostałem żadnej oferty Konkretnej oferty, bo nie chcę mówić o spekulacjach, a takie były. Telefony, zapytania, nawet z pierwszej ligi, ale na tym się kończyło. Nikt nie wziął mnie na rozmowy, nie przedstawił konkretów.
- Nie przyszło panu do głowy, że można wysłać swoje CV do jakiegoś klubu zamiast czekać w domu na oferty?
- Zrobiłem tak i to dwa razy! Złożyłem CV w agencjach menedżerskich w Europie Zachodniej. Wciąż czekam na swój staż w Manchesterze United, ale zgodę musi wyrazić Alex Ferguson. Proponowano mi wyjazd do Feyenoordu, ale Manchester to Manchester. Wiosną mój wyjazd dojdzie do skutku. W ogóle ciągnie mnie na Wyspy. Gdybym dostał stamtąd ofertę, choćby z drugiej ligi, to nie wahałbym się wyjechać. O Premiership mogę tylko pomarzyć, bo trzeba mieć spektakularne sukcesy, jak Mourinho, żeby ktoś zaproponował pracę. Ja przemyślałbym każdą ofertę, również z Polski. Kwestia tego, jakie cele stawia nowy pracodawca.
-Jeśli celem jest utrzymanie w lidze i chciałby Kubickiego zatrudnić powiedzmy - Górnik Łęczna.
- To czemu nie! Górnik to świetnie zorganizowany klub, a przy tym potencjale piłkarskim jaki tam jest, to byłby najmniejszy problem.
Nie ma pan poczucia wypadania z obiegu i odejścia w zapomnienie?
- Bardzo chciałbym wrócić do pracy w roli trenera zawodowej drużyny, ale na dziś nie jest mi to widocznie dane. Wiem, że pewnie nie wrócę do Legii dopóki właściciele się nie zmienią. Jak ktoś nie jest perspektywiczny w wieku 42 lat, to nie będzie tym bardziej po pięćdziesiątce.
-
Czego nauczyło pana zwolnienie z Legii?
- Szczerze? Niczego nowego, bo doświadczyłem podobnej sytuacji już podczas mojej pierwszej pracy z Legią. Nie mam się czego wstydzić. Zostawiłem drużynę na dobrym miejscu w tabeli, przygotowaną do dalszej rywalizacji o czołowe miejsca w lidze. Tak w życiu bywa, że można wygrywać w brzydkim stylu, albo przegrywać ładnie (śmiech).
-Gorzej, kiedy przegrywa się mecze ważne - takie jak z Austrią Wiedeń. Wtedy styl nie ma znaczenia, lecą głowy.
- Tak. Od początku wyczuwałem, że szansę, żeby pracować z nowymi właścicielami są nikłe. Moje zwolnienie było kwestią czasu. Nie czułem ani wsparcia, ani zaufania z ich strony od pierwszych chwil.
-Dlaczego? Przecież oni na początku tak pięknie o panu mówili?
- Nie wiem. Przecież jednocześnie negocjowali z nowym trenerem, kiedy graliśmy w Wiedniu. Na łamach prasy pojawiały się codziennie nowe doniesienia w klubie nikt tego nie dementował. Żadnej reakcji. A wtedy byliśmy po czterech kolejkach ligowych, po czterech wygranych meczach!
-Nie ma pan do siebie nawet trochę żalu? Może trzeba było dać szansę młodym, przestawić zespół na grę systemem4-4-2. Pan się przymierzał do tego pół roku, a Jacek Zieliński przyszedł, ustawił czterech obrońców w linii po problemie.
- Mnie mógł uratować tylko spektakularny sukces. Czułem presję wyniku, dlatego myślałem sobie: może jak zdarzą się takie mecze, że prowadzić będziemy 2:0, to dam im szansę. Nie było takich meczów. Trochę się asekurowałem. Grałem na wynik. Chociaż sądzę, że cokolwiek bym zrobił, i tak „odroczyłbym" się tylko do końca rundy. Później znalazłby się inny pretekst. System? Jeśli drużyna posiada doświadczonych piłkarzy, to system jest nieważny. Posiadałem piłkarzy do gry 4-4-2, ale grałem 3-5-2 i wiosną byliśmy zabójczo skuteczni. Nikt nie umiał znaleźć na nas sposobu, no może poza Wisłą w Krakowie, ale tam zagrałem bez dwóch kluczowych piłkarzy - Saganowskiego i Jarzębowskiego. Jesienią nie mogłem zmieniać systemu gry pod presją prezesów, bo to by świadczyło, że nie ufam samemu sobie i temu, co robię.
-Z Austrią Wiedeń wpuścił pan z ławki Smolińskiego. Wyglądało to jakby chwytał się pan ostatniej deski ratunku. Tymczasem ten chłopak wywalczył sobie miejsce w podstawowej jedenastce. Mało tego, okazało się, że to wielki talent
- Marcin dopraszał się swoją grą o danie mu szansy i to było pewne, że prędzej, czy później ją dostanie. Jestem jednak zaskoczony tym, co robi prasa, że tak dmucha w balon, że robi z niego jednego z liderów Legii. Można chłopakowi wyrządzić krzywdę, bo przecież on teraz musi grać na tym poziomie, który wyśrubował jesienią. A to będzie bardzo trudne. Oczekiwania wobec niego będą wiosną ogromne. Podobnie jak w stosunku do Aco Vukovicia, który funkcjonował wspaniale w mojej drużynie. Sam jestem ciekaw jak ten piłkarz będzie się teraz prezentował.
-Klub ściągnął latem dziewięciu piłkarzy. Pan to firmował swoim nazwiskiem. Teraz połowę z nich chce sprzedać...
- Zmienili się ludzie. Nie ma Kubickiego, Sochy, Olędzkiego, i nie ma kilku piłkarzy. To normalna kolej rzeczy.
-Ma pan żal do właścicieli za ta co się stało się 1 października?
- Nie, bo kiedy tworzy się coś nowego, daje się na to pieniądze, to ma sie prawo lansować swoje osoby. Ja bym tak zrobił.
-Czy Jacek Zieliński to taka „swoja osoba"?
- Cały czas przyglądałem się temu zamieszaniu z szukaniem trenera. Na pewno coś było nie tak, że klub, który ma taką renomę, takie zaplecze sportowe i finansowe jak Legia, robi to tak długo, tak zawile. Jacek nie ma doświadczenia, ale kiedyś trzeba je zdobyć. Frank Rijkaard też był młody kiedy obejmował reprezentację Holandii. Takie rzeczy się zdarzają i to w lepszych klubach niż Legia. Czas zweryfikuje czy to było dobre posunięcie, czy w odpowiednim momencie... Jacek swoją karierą piłkarską zasłużył na to, by dostać szansę zaistnienia na trenerskim rynku.
-Zielińskiemu przypadła niewdzięczna rola. Musiał wystawić na listę transferową swoich kolegów. Pan też by tak zrobił?
- To nie jest nic nienormalnego. Zrobili to uczciwie, powiedzieli tym piłkarzom prosto w oczy, że nie są przydatni dla tego klubu. Jeżeli Darek Dudek nie jest przydatny do pierwszego zespołu, to logicznej wydaje się, że nie ma dla niego miejsca w rezerwach. Darek mówił że ma żonę w ciąży, ale to zawsze tak jest - a to i żona w ciąży, a to mama chora. Gdyby dostał ofertę - powiedzmy - z Liverpoolu, to nie miałoby znaczenia, czy żona jest w ciąży i w którym miesiącu.
-Ogląda pan jeszcze mecze Legii?
- Trudno, by było inaczej! To klub,w którym grałem, który prowadziłem, i tylko na trybunach się nie pokazuję.
-A ludzie z Legii, choćby piłkarze ma pan z nimi kontakt?
- Nie...
-A nie daje to panu do myślenia?
- Kilku piłkarzy przysłało mi smsy w ostatnie święta. W pracy trenera nie kontakty osobiste z piłkarzami są najważniejsze. Jakiś dystans musi być przecież zachowany. Za to ciągle spotykam się z wyrazami sympatii kibiców.
-Ludzie rozpoznają pana na ulicy?
- Jeszcze kilku poznaje...
Rozmawiał: Przemysław Rudzki
<< Powrót