Wywiad z Robertem Fabianem Ayalą
Po bardzo gorączkowym sezonie Ayala mógł wreszcie spokojnie porozmawiać z dziennikarzami na temat swojej przyszłości. Pierwsze pytania dotyczyły rzecz jasna kontuzji kolana. Oto wywiad, jakiego piłkarz udzielił "Marce". Rozmawiał Fernando Alvarez.
Jak przebiega Pana rehabilitacja? Kiedy zobaczymy Pana na boisku?
Nie wiem, kiedy to nastąpi. Początkowo mówiło się o ośmiu tygodniach, teraz mija szósty, a czuję się dobrze. Każdego dnia, dzięki Bogu, mogę coraz bardziej obciążać nogę, niedługo wznowię treningi, więc nie jest tak źle.
Co zrobi Ayala w dniu, w którym wyzdrowieje?
Wszystkiego po troszę. Popracuję z fizjoterapeutami, muszę dobrze odbudować mięśnie, po kilkunastu dniach bez ruchu jest to konieczne. Lecz kiedy biegam, naprawdę nic nie czuję, kolano zachowuje się dobrze.
A kiedy zobaczymy spektakularne skoki Ayali?
(Śmiech) Obecnie nie mam siły ani na skakanie, ani na bieganie wzdłuż boiska.
W ostatnim sezonie było tak wiele meczy do rozegrania, że kontuzja wydawała się być nieunikniona.
Mówią, że organizm jest mądry i mówi, kiedy przestać. To, co mnie denerwuje, to fakt, że grałem na siłę, może gdyby było inaczej, nic by się nie stało.
Jak do tego doszło?
W finale Igrzysk Olimpijskich ucierpiałem w starciu z napastnikiem i poczułem ból. Wróciłem do gry, ukończyłem pierwszą połowę. W przerwie lekarz powiedział, że nie ma mowy o żadnym złamaniu, dał mi środek przeciwbólowy i wyszedłem na drugą część spotkania. Kolano w miarę upływu czasu coraz bardziej dawało mi się we znaki, a na ceremonii dekoracji zorientowałem się, że nie mogę chodzić. Na lotnisku kolano zaczęło puchnąć, w poniedziałek dowiedziałem się, że jest złamane.
Pana kontuzja była kolejnym argumentem dla tych, którzy krytykowali Bielsę i federację argentyńską za nadmierną eksploatację piłkarzy.
My, piłkarze, jesteśmy pośrodku, nie jesteśmy winni. Reprezentacja jest po to, by być z nią cały czas, a nie wybierać mecze, w których chce się zagrać. Ja w pewnym momencie też musiałem iść na kompromis. Po Mistrzostwach Świata Bielsa powiedział nam, że podzielił skład, że mamy pracować tak samo, lecz powinniśmy się zdecydować, czy będziemy akceptować powołania, czy nie. Odpowiedziałem twierdząco, muszę odpowiedać na powołania selekcjonera.
A co powiedział Pan nowemu trenerowi Pekermanowi?
Rozmawiałem z nim, mówił, że ma koncepcję pracy, że ludzie, na których będzie stawiał, nie zmienią się. Nie zapytał nic o kontuzję, o to, jak się jej nabawiłem.
Ostatni sezon był najlepszy w Pana życiu?
To będzie niezapomniany rok - z powodu rzeczy, jakich dokonałem zarówno z klubem, jak i reprezentacją.
Pamięta Pan jeszcze dzień, w którym zdecydował się Pan grać dla Valencii?
Wtedy byłem w Milanie, czułem się marginalizowany, wiedziałem, że szykuje się kolejny rok, który spędzę grając niewiele. Szczerze powiedziawszy, nie uśmiechało mi się to. Zbliżał się Mundial, chciałem utrzymać rytm meczowy. Pojawiła się oferta z Valencii. Fernando Hidalgo, mój ówczesny agent, zajmował się tą sprawą. Drużyna mi się podobała, grała w finale Ligi Mistrzów, podobał mi się też ich styl gry, wiedziałem, że dobrze się tu odnajdę. To była trudna decyzja, formacja obronna była silnym punktem drużyny, która traciła bardzo mało bramek. Ale Cúper postawił na mnie i oto jestem.
Czy zasługuje Pan na Złotą Piłkę?
Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. W przypadku obrońcy sprawa jest skomplikowana. Owszem, Mathias Sammer zdobył tą nagrodę, ale jeśli obecnie jakikolwiek obrońca na nią zasługuje, to jest to Maldini. Znałem go, wiem, jaki jest. To wzór godny naśladowania, zarówno jako piłkarz, jak i kapitan, osoba, profesjonalista. Tyle meczy rozegranych w reprezentacji, tyle tytułów zdobytych z klubem. Ale obrońca nigdy nie gra tak widowiskowo. Nagroda trafia do piłkarza, którego kocha publiczność.
A znalezienie się na liście kandydatów do tytułu Piłkarza Roku przyznawanego przez FIFĘ nie było, jak sądzę, Pana marzeniem?
Cieszę się, bardzo się cieszę. Jest to dla mnie zaszczyt, lecz jeśli nie znalazłbym się na niej, nie rozpaczałbym. Chcę zdobyć uznanie nie tylko w środowisku prasowym, także wśród kolegów. To bardzo miłe uczucie, gdy koledzy mówią ci, że jesteś dobry.
Rok temu przedłużył Pan kontrakt z Valencią, lecz interesował się Panem także Real Madryt.
Jeśliby Pan mi o tym nie powiedział, nie pamiętałbym. Obecnie myślę tylko o jak najszybszym dojściu do pełnej sprawności i powrocie na boisko.
Real, skoro nie mógł mieć Ayali, zatrudnił podobnego zawodnika, Samuela.
Wierzę, że to była bardzo dobra inwestycja. Walter to młody, pewny zawodnik, w przyszłości będzie jednym z lepszych obrońców.
Wydaje się, że wciąż nie zaadaptował się w ekipie.
To dlatego, że na razie było mało meczy. A kiedy Madryt zacznie grać dobrze, to i Samuel zademonstruje swoje umiejętności, musi mieć ku temu dobre warunki. W drużynie takiej, jak Real, gdzie powołaniem jest atak, atak i jeszcze raz atak, trudno jest być obrońcą.
A co Pan powie o Davidzie Navarro?
Nie jest dla mnie zaskoczeniem, jeszcze za czasów Beniteza cieszył się zaufaniem, teraz skorzystał ze swojej okazji. Jest bardzo pracowity, poważny, ten chłopak wie, jak wykorzystać swoje możliwości.
Mam wrażenie, że drużyna traci więcej bramek.
Drużyna przyzwyczaiła nas do tego, że zazwyczaj traciła ich mniej. Ale obecnie zdobywamy więcej goli. Jeśli poprawimy grę defensywną, będziemy zdobywać większą ilość punktów.
Czy, szczególnie po ostatnim sezonie, odczuwa Pan dalej głód tytułów?
Dublet przeszedł już do historii, nacieszyliśmy się nim, będziemy się nim cieszyć po skończeniu kariery piłkarskiej. A teraz musimy pracować jeszcze lepiej, by osiągać nowe cele. Ciężko jest oszukać ten głód.
Czy zdziwił Pana fakt odejścia Beniteza?
Tak, zdziwił mnie. Wydawało się, że zostanie, ale... Dał temu klubowi bardzo wiele. Wszystko się kiedyś kończy.
<< Powrót